34. Odkopana miłość – vol. 2

Jak obiecałem, pędzę z opisem drugiego dnia, podczas którego moja miłość została odkopana. Na wstępie muszę to powiedzieć: jak ja kocham teatr!!! Naprawdę to jest coś pięknego, coś cudownego, coś… co nigdy mi się nie znudzi, bo zawsze ewoluuje, zawsze ma coś nowego do powiedzenia. Nawet, jeśli wałkuje się wciąż te same motywy, te same spektakle, zawsze istnieje inna interpretacja, zawsze są jakieś smaczki.

Wstając rano, myślałem, że się nie podniosę. Zmęczenie walczyło z chęcią obejrzenia wszystkiego, co Blackout dla nas przygotował. Na szczęście wygrała potrzeba „odchamienia”, zatem zwlokłem się jakoś z łóżka, wziąłem prysznic na rozbudzenie i do Wołomina! Pierwszy spektakl, jaki nam zaserwowano okazał się być dziwny, ale urzekł mnie w całości(w ostatecznej klasyfikacji zajął pierwsze miejsce!). Był to niemy obrazek upadku człowieka, upadku jednostki. Wszystko rozgrywało się, można rzec, w staropolskiej karczmie, w rytmie ludowej muzyki w tle. Gra aktorska, kostiumy, maski, wszystko składało się na piękną i przerażającą całość. Na ludzkie żądze, obżarstwo, pijaństwo, złodziejstwo, pazerność, chciwość, zazdrość, pieniądze, kosztowności, kradzieże, gwałty, morderstwa. Słowem, wspomniany upadek. Przejaskrawiony, nieco groteskowy upadek. Ale pięknie zapakowany. Brawo!

Drugi spektakl był oparty na nieznanym mi wcześniej tekście niejakiego Ludwika Sztyrmera. Całość opowiadała o pisarzu, który poszukiwał inspiracji, a zatem trafił do szpitala dla obłąkanych, w którym rządził niejaki Frenofagiusz, żywiący się ludzkimi mózgami, a „pokarm” dostarczały mu niejakie Frenolesty, sługi, doprowadzające ludzi do psychoz i obłędu poprzez podszepty i namowy, próżne obietnice dobrych zdarzeń, które kończą się upadkiem. Powiem szczerze, że pomysł był całkiem sympatyczny, kostiumy ładne i współgrające, acz brakowało mi tu lepszej gry aktorskiej.

(obraz nie pochodzi z Blackout’u)

Trzeci spektakl był bardziej skierowany do dzieci, podobnie jak spektakl otwierający; jednak w porównaniu z nim wypadł gorzej. Całość opowiadała o bajkach, w których namieszały złe wróżki, tak, iż dobrze znani bohaterzy bajek, tacy, jak Czerwony Kapturek, Jaś i Małgosia, Kot w Butach, Baba Jaga, trafiają do zupełnie innych bajek i nie mogą się tam odnaleźć. Całkiem sympatyczny i zabawny spektakl, ale w ogólnej klasyfikacji wypada słabo. Nic specjalnego chociaż dzieciom się podobał.

Czwarty ze spektakli był jakby monodramem, chociaż był tam dodatkowo swego rodzaju komentator, który podpowiadał głównemu bohaterowi, Romeowi, co powinien zrobić. Generalnie była to dość współczesna interpretacja szekspirowskiego dramatu. Całkiem zgrabna i w pewnych momentach tragikomiczna. Bohater współdziałał także z publicznością. Były tu peany, aktor otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora, ale mnie nie urzekł ten spektakl aż tak. Może to dlatego, że nie przepadam za monodramami.

Piąty spektakl, który otrzymał najwyższą nagrodę, Grand Prix festiwalu opowiadał o przeszłości, teraźniejszości i pytaniach o przyszłość bohaterów, którzy utknęli w tytułowej szatni. Był to bardzo specyficzny spektakl. Nie sądziłem, że zdobędzie najwyższą nagrodę, ale jednak. Może to też kwestia scenariusza, samej fabuły i tego, że aktorzy tego teatru były osobami z różnymi przypadłościami psychofizycznymi. Mimo to pokazały, że potrafią, że się da, jak się chce, że się wszystko wtedy da. Otrzymali owacje na stojąco, obiektywnie bardzo zasłużone. Chwali im się to wszystko. Poza tym ta radość w ich oczach i w ogóle sam fakt tego, że wczuwali się w swoje role i wyglądali na spełnionych, to wszystko zapewne zadecydowało o najwyższym wyróżnieniu. Subiektywnie nie był to mój ulubiony spektakl, ale jego walory potrafię docenić.

Ostatni spektakl okazał się być świetną komedią. Do tego wspaniale zagraną. Spodziewałem się, że to oni wygrają, ale jednak nie. W każdym razie wszyscy uśmiali się za wszystkie czasy. Główny bohater wplątał się w potrójne narzeczeństwo, przy czym żadna z narzeczonych nie miała pojęcia o pozostałych. Sami możecie się domyślić, co z tego wyniknęło. Dodatkowo postacie kumpla i transwestycznej służącej, które ratowały z opresji bohatera – cud, miód i beczka śmiechu!

Z wczorajszych spektakli trzecie miejsce zajęła grupa przedstawiająca dzieje pana DaVinci i Shakespeare’a, natomiast drugie ta, która przedstawiała futurystyczny obrazek budowniczego torped. Dodatkowo z tej właśnie grupy nagrodę dla najlepszej aktorki otrzymała żona-rakieta. Bardzo zasłużone wyróżnienie. Chciałbym, naprawdę chciałbym usłyszeć to jeszcze raz. Zwłaszcza, że piosenkę „żona” śpiewała, trzymając cały czas w ustach palącego się papierosa.

Na koniec miał miejsce koncert: „Osiecka po męsku”, śpiewany przez jednego z jurorów w bardzo teatralny i rewelacyjny sposób. Nic dodać, nic ująć, cud.

Nie sposób wyrazić słowami, a co dopiero słowem pisanym wszystkich emocji, jakie towarzyszyły całemu festiwalowi. Generalnie cudowna sprawa i życzę wszystkim miłośnikom, by Blackout nadal się odbywał. Po raz czwarty, siódmy, czy dwunasty. I jeszcze dalej!

Po tym weekendzie czuję się totalnie „odchamiony”. Bardzo mi było szkoda żegnać się z tymi wszystkimi ludźmi, chociaż tak naprawdę ich nie poznałem w osobistej rozmowie. Tak naprawdę porozmawiałem z osobami z PaTaTaJ-a i może dwiema-trzema dodatkowymi. :) Konkluzja i tak pozostaje jedna: chcę grać i muszę, MUSZĘ sobie coś znaleźć dla siebie, bo inaczej uschnę, a to byłoby niewskazane.

Tymczasem trzeba spiąć dupę i napisać wreszcie magisterkę… Trzymajcie i za to kciuki, proszę!

Dobrej nocy dla Was, którzy jeszcze odwiedzacie to miejsce, chociaż tak się… zdezaktualizowało… :). Trzymajcie się i do następnego razu! Nie wiem, kiedy, ale chyba już się do tego przyzwyczailiście!

2 Komentarze

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.