32. Majówkowy tort z mrówkami

Tak naprawdę, to nie wiem, o czym mógłbym napisać po tak długim czasie, by było to poprawne politycznie. Może i zapomniałem o was wszystkich. Może czasami po prostu miałem w dupie cały kolejny dzień, ludzi i świat, a nawet wszechświat i Wielkie Bum, Big Bang oraz wszelkie inne stworzenia ludzkoboskie. Nie poproszę Was o wybaczenie, bo byłoby to zupełnie bez sensu. Blog stracił nieco na świeżości. Nawet nieco bardziej. Ten wpis to zupełnie spontaniczna decyzja o godzinie drugiej w nocy. Nie będzie on ani piękny, ani super luksusowy, bo zwyczajnie nie mam ochoty na ładne opakowanie, jakie zwykłem stosować. Trochę się zmieniłem. I… nie… nie wiem, czy na lepsze, czy zgoła na gorsze. Wiem jedno. Kiedyś notowałem sobie bardzo dużo rzeczy, które chciałbym zawrzeć w kolejnych wpisach. Potem to padło. Teraz to zupełna wolna amerykanka; prawie jak moje obecne życie. Nie wiem, co tak naprawdę się ze mną stało, ale nie czuję już w taki sposób jak kiedyś. Ciężko to wyjaśnić, ciężko to nazwać.

Byłem w Holandii. Po raz drugi i jadę po raz trzeci, jeśli wszystko się dobrze ułoży, choć życie nie może być proste i wszyscy o tym wiemy. Baaaaardzo dużo się pozmieniało. Zależnie i niezależnie ode mnie. Nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Zabijcie mnie, zabijcie. Spytacie, gdzie jest tamten Michał. Jego już nie ma. Może zostały jakieś strzępy. Postawił na swoim już wiele razy. Może zmarnował już zbyt wiele czasu i stale pisze o niczym. Przecież i tak to zupełnie nieważne. Mogę napisać o wszystkim, o czym sobie w danej chwili pomyślę. Chyba o to chodzi w poezji. Zupełnie nieprzemyślany zbiór metafor i innych środków wkurwostycznych wywołanych mentalną oranżadą musujących bąbelków dwutlenku węgla. Wena jest jak wstrząs i nagłe zwolnienie blokady. Czas się nie liczy. Tryb się nie liczy. Wątek i temat? Owszem. Warto. I jeszcze tytuł. Z prozą jest nieco inaczej. Trzeba znaleźć przepis i składniki – zupełnie jak z tortem, ale to nic, nic…

Proszę państwa! Jestem inżynierem. Kiedy to się stało i czemu minęło tak szybko i tak dużo czasu, nie wiem. Mam inżyniera i wylądowałem na magisterce w Warszawie. Właśnie – w Warszawie. O tym chyba marzyłem. Od lutego/marca w stolicy. Bez rodziców, z nawet sympatycznymi współlokatorami, bez czasu i sił, z zupełną nudą życia i politechniki warszawskiej, bla, bla, bla. Po co mi to było, czasem siebie pytam.

Tęsknię za wszystkim. Za rodzicami. Za znajomymi. Za otoczeniem. Za wszystkim.

Zapada zmrok, światła miast zapalają się. A ja położony gdzieś pomiędzy gwiazdami. Taki wielkomały wóz, totalne zawieszenie. Warszawa. Smok buchający rozgrzanym do czerwoności asfaltem ludzkich pierdolców i nie-miłości.

Siadam przy stole, jem kolejną słoną frytkę z keczupem i gram. Magisterka jest nieważna. Bo głupota często objawia się dopiero wtedy, gdy odwrót jest utrudniony i próby spalają na panewce.

I jeszcze wszyscy, którzy dawno umarli i mnie straszą od czasu do czasu w umyśle tym, że jeszcze na moich oczach pojawiają się kropelki. To już nieważne, ale jednak. Ci wszyscy M., A., P., D., S. – i chuj wie co by jeszcze można ułożyć z inicjałów. Pewnie jakieś brzydkie słowo.

Przyjaciele odeszli w moim umyśle do sędziwych drzwi, a ja upiekłem majówkowy tort z mrówkami.

Jest jeszcze M – i dobrze wiem – że eM…

Wszystko ostatnio jest znikąd, a we mnie umarło naturalne postrzeganie rzeczywistości. Świat skonał z przeżarcia, przetarcia. Marzenia spłynęły z nieba, a może piekła.

Światła miast są dzisiaj tak piękne. A Ty tam, skąd kiedyś uciekłem, by szukać szczęścia…

Nigdy nie pieczcie tego tortu, choćbyście mieli wszystkie potrzebne składniki. Dużo piękniejszy jest świat, którego nie znamy, o którym myślimy i którego nigdy nie skosztujemy!

31. Koniec nerwów i narzekania…

…głowa i dupa do góry. Mmm, tyle ostatnio się wydarzyło, tak długo już nie pisałem. To nie znaczy, że zapomniałem o swoim blogu. Po prostu wiele spraw się nałożyło w tak zwanym międzyczasie. Ostatnio mam trochę wolnego, więc postanowiłem się zebrać i naskrobać notkę. Pewnie macie mnie ochotę rozszarpać, że przez tyle czasu nic się nie pojawiło i macie moje pozwolenie. Jak trochę zaboli, to zrobię jakiś progres. Nie, nie obiecuję, że będzie z tym lepiej, bo pewnie nie będzie. Jestem z tego typu osób, które szybko się nudzą i dopada ich proza życia, a więc potrzebują motywacji, czegoś, co pobudza do działania, myślenia i zmian. Tak więc to nie będzie takie łatwe.

Ale do rzeczy. Zacznijmy od początku. Pisałem, że chcę dodać świąteczny wpis. Nie wyszło, ale zawrę tutaj myśli, które planowałem umieścić tam, połączę wszystko w jedno, ponieważ każde z tych zdarzeń prowadziło do katastrofy, a potem do swoistego zmartwychwstania. Święta Bożego Narodzenia. Coś cudownego, pięknego, wspaniałego. Miła, rodzinna atmosfera, prezenty, radość z narodzenia Jezusa, choinka, radosne światełka, śnieg i Mikołaj. Piękny obrazek, czyż nie? A co, jeśli powiem, że taka atmosfera to tylko w filmach rodem z Hollywood? W filmach, typu „Kevin sam w domu”, czy innych jemu podobnych. Co, jeśli tak jest? Zmierzam do tego, że tak beznadziejnych świąt jak ostatnie, to jeszcze nigdy nie miałem. Nigdy. Myślałem, że potnę się tam. Cały czas spędziliśmy w domu, nigdzie nie pojechaliśmy. Poza Wigilią z pobliską rodziną żadnych świąt nie było. A Wigilia jak zawsze sztuczna i drętwa, po której to oczywiście musiało być nadawanie na to i owo.

Słowem, napiszę: święta takie polskie, takie rodzinne. Wszystko cacy. Nie, żebyśmy byli skłóceni z ciotkami, do których zawsze jeździliśmy, a do innych to nie pojedziemy, bo są tak dumne, że po prostu nie możemy się tam pojawić, bo ujmie to naszej godności. Lepiej ponakurwiać na swój biedny los, ponarzekać i się pokłócić. A co! Czemu święta miałyby być inne? Przede wszystkim trzeba posprzątać dom, tak, żeby z kosmosu było widać, jak lśni czystością, a w sercu mieć gówno, ładnie zapakowane, upieczone w piekarniku i krojone jako ciasto. Czysta życzliwość, czysta słodycz rozdawana bliskim. Blah!

To bardzo boli, kiedy chcesz być inny. Boli ciebie, ale przede wszystkim boli innych i chcą cię zagłuszyć. Musisz być dokładnie taki sam, spełniać posłannictwo idących na śmierć głupców, bo jeśli się wybijasz, to marny twój los. Ale ja nie zamierzam paprać się w chlewie z innymi świnkami. Jeśli inteligencja jest miarą wyrodności, to ja chcę być wyrodnym chłopcem, nawet za cenę cierpienia(oczywiście bez zbędnego patosu i mesjanizmu. Nie idźmy też ze skrajności w skrajność, bo wystarczy mi to, że ciągle powtarza się o Polsce jako o mesjaszu narodów. Żałosne!). Nie będę wroną kraczącą tak samo. Pokraczę sobie inaczej.

 

Patrz, oto idzie

Kobieta z miotłą,

Kobieta młoda,

Kobieta stara.

Patrz, idzie i zamiata,

Zamiata wszystko.

Już zapomniała,

Że dawno wymiotła

Swoje serce…

 

Patrz, oto idzie

Kobieta z lornetką,

Kobieta z lupą,

Kobieta z Rentgenem.

Chce widzieć wszystko,

Chce wiedzieć wszystko.

Zapomniała tylko

Prześwietlić własne serce…

Zapomniała o nim…

 

Patrz, oto idzie

Mężczyzna z telewizorem,

Mężczyzna z komputerem,

Mężczyzna z telefonem.

Oczy zmęczone,

Uszy zmęczone,

Palce zmęczone.

Zapomniał już,

Co znaczy cisza i spokój…

 

Patrz, oto idzie

Mężczyzna z gazetą,

Mężczyzna z książką,

Mężczyzna z kartami.

Zagubiony w świecie,

Zagubiony w fikcji,

Szuka wciąż nowych bogów.

Zapomniał tylko

Odnaleźć rzeczywistość…

Patrz, oto idzie

Chłopak z papierosem,

Chłopak z alkoholem,

Chłopak z „Herą” i „Marysią”.

Widzi tylko to, co teraz,

Nic przed sobą,

Nic za sobą.

Zapomniał poszukać wzrokiem

Drugiego człowieka…

 

Patrz, oto idzie

Dziewczyna z pudrem i szminką,

Dziewczyna z masą ubrań,

Dziewczyna z imprezą.

Szuka wzrokiem

Rozchichotanych psiapsiółek,

Tego, co teraz modne.

Zapomniała odszukać

Prawdziwej radości.

 

Patrz, oto idą

Ludzie przedświąteczni,

Ludzie zabiegani,

Ludzie zmęczeni.

Szukają szczęścia

W próżnych rzeczach.

Zapomnieli,

Co w świętach najważniejsze…

Zapomnieli się zatrzymać…

 

Patrz, oto idziesz ty sam,

Oto myślisz,

Oto nie wiesz, kim jesteś,

Nie wiesz, kim się kiedyś staniesz.

Oto widzisz same niewiadome,

Same pytajniki.

Czy nie zastanawiałeś się kiedyś,

Że ty sam

Czasem o czymś zapominasz?…

 

Tekst stary, bo jeszcze z 2011 roku. Sądzę jednak, że nadal aktualny i ponadczasowy.

A wracając. Wciąż wierzę, że świat runie w posadach, że nasze pokolenie zmieni sposób myślenia mas. Może trochę to idealistyczne rozważania, ale patrząc trzeźwo, naprawdę świat już zmienił się bardzo. Nie, nie chcemy nietolerancji i coraz więcej pięknych rzeczy jest społecznie akceptowalnych. Coraz mniej tyranów, którzy chcą na siłę narzucać komuś wolę i nie pozwolą żyć po swojemu. Ja już od jakiegoś czasu nauczyłem się wyznawać filozofię: „Żyj i daj żyć innym!”. I tak nie zmienisz nikogo, jeśli sam tego nie zechce, a możesz go tylko zniechęcić. Trzeba dać przestrzeń do działania. Tak, zdecydowanie świat sztucznych konwenansów małymi kroczkami obraca się w ruinę, upada, a na tych ruinach wyrośnie świeżość, powiew zmian, zielona trawa i lepsze jutro. Nie pierwszy raz tak się dzieje, że konflikt pokoleń jest siłą napędową rozwoju. Wszystko ewoluuje, nie zawsze w dobrym kierunku, ale mam wrażenie, że wiele dobra już uczyniono i to jest nadzieją na przyszłość. Feniks płonie jaśniej.

W międzyczasie miałem się spotkać z moimi koleżankami z liceum, ale czy mogłem się spodziewać, że do spotkania dojdzie? Chyba raczej nie. Jednak jestem idealistą, zatem łudziłem się jak zazwyczaj. Oczywiście bezskutecznie. Od jakiegoś czasu planujemy spotkanie, ale, jak to mówią: jeśli czegoś chcesz, znajdziesz sposób, jeśli nie chcesz, znajdziesz powód. Widocznie nie chciały, skoro plany nie wypaliły. Pod koniec miałem bolesne wrażenie, że tylko mi zależało i tylko ja starałem się to zorganizować. Nie pierwszy już raz. Potem stwierdziłem, że wali mnie to i nie będę się przejmował osobami, którym na mnie nie zależy.

Po świętach wyrwałem się z tej chorej atmosfery, która miała być zgoła inna. Wyjechałem na kilka dni do Poznania. Pierwszy raz do tego miasta. Dostałem zaproszenie na sylwestra. Rzeczywistość co prawda i w tym względzie nie okazała się łaskawa, ale jednak i tak było super. Mianowicie, miało być nas dużo osób, w tym dwoje moich znajomych, których widziałbym pierwszy raz w życiu na żywo, a ostatecznie zostałem ja, Ania i jej dziewczyna. Tu wystąpiła trochę podobna zależność, jak wyżej, acz są też okoliczności usprawiedliwiające, w związku z czym nie zabolało mnie to tak, jak w przypadku koleżanek z LO i nie mam żalu. Zwłaszcza, że we trójkę też bawiliśmy się świetnie, a po północy wyszliśmy na ulicę z kieliszkami z szampanem oraz tekturową tablicą z napisem: „FREE HUGS IN 2015″ i trochę się poprzytulaliśmy! :) A Poznań jest piękny, choć nie widziałem za wiele.

Po powrocie czekało mnie weselicho, na które miałem zaproszenie od koleżanki. Trochę się obawiałem, ponieważ wiadomo, jak to jest. Nikogo nie znasz i w ogóle pomiędzy nami jest duża różnica wieku i jej rodzina mogła sobie pomyśleć, że sobie gówniarza sprowadziła. Ale miło się zaskoczyłem. Mogę śmiało powiedzieć, że było to najlepsze wesele, na jakim byłem, a rodzina mojej partnerki okazała się być świetna i znaleźliśmy wspólne tematy z ciotkami, wujkami i innymi. Wydarzenie zupełnie udane! Oby takich więcej.

W międzyczasie miałem też trochę przebojów z facetami, ale wmieszam je odpowiednio w całość, gdyż chcę podążać w miarę chronologicznie, co by się nie pogubić. Najdłuższa była kwestia z panem A. No cóż, poczułem, że jest świetnym mężczyzną, aczkolwiek, jak się pewnie domyślacie, nic z tego nie wyszło. Zaczęło się od poznania go już jakiś czas temu na jednym z plenerowych wypadów naszej podkarpackiej grupy LGBT. Tam rozmawialiśmy sobie nieco, a potem coraz więcej przez fb no i trochę się spotykaliśmy. Jednakże w trakcie napatoczył się inny, stąd historia nabrała lekko dziwnego obrotu, bo zarówno ja, jak i tamten, którego kiedyś lubiłem, a teraz nagle znienawidziłem, obaj staraliśmy się o względy A. Wyszedłem z założenia, że to on sam zdecyduje, kogo wybrać. Ta sytuacja trwała i trwała. Coraz bardziej wydawało mi się, że A. już zdecydował, więc postanowiłem po prostu go zapytać. Na branżówce zrobiłem to i dostałem odpowiedź. Nie, nic do mnie nie miał. A więc wszystko jasne. Potem jeszcze z nim rozmawiałem, i co śmieszne, do tego drugiego ponoć przez moment coś miał, ale potem mu przeszło, i napatoczył się trzeci. GEJE! Ale czytajcie dalej! Trzeci jednak nie chciał A., więc on został z niczym, choć niby teraz ktoś jest. O i tak. Nieco zabawne. Trochę mnie rozwaliło, acz byłem na to przygotowany. To jednak kolejny punkt do katastrofy.

Na weselu był też jeden chłopak, który zdawał się być gejem, na fb dodatkowo miał ze mną wspólnych znajomych branżowych, jednakże nie przyjął mojego zaproszenia i skończyło się tylko na jednej rozmowie podczas tego wesela. A szkoda, bo przystojny był.

Co było dalej? Dalej nadszedł Dzień Babci, w związku z czym postanowiliśmy odwiedzić z siostrą naszą ukochaną babunię w jej mieszkaniu. Była to bardzo znamienna wizyta. Zasiedzieliśmy się trochę, porozmawialiśmy o starych i nowych dziejach. Ale najpiękniejszym momentem było to, kiedy zapytała mnie:

- A Ty? Masz jakąś dziewczynę?

- Nie(śmiech).

- A chłopaka?

Mentalne WTF.

- Nieee(wielki banan na gębie)!

Naprawdę, po prostu tego bym się nie spodziewał po 85-letniej kobiecinie, którą tak uwielbiam. Babcia zaskoczyła mnie tak pozytywnie, że zastanawiam się nad tym, czy jej o sobie nie powiedzieć. Ona wie bez słów, ale sądzę, że ucieszyłaby się z tak wielkiego zaufania z mojej strony. Jak sądzicie?

Gdzieś pomiędzy było spotkanie WiT-u Rzeszów. Pojawiło się kilka nowych osób, lesbijek. Bardzo fajnie. Nowi mili znajomi. Potem nawet zaczęliśmy razem wychodzić w alternatywie do męczących branżówek na piwo itp. Dodatkowo mam na koncie mały sukces. Troszkę zeswatałem dwa dziewczęcia ;). Bardzo się z tego powodu cieszę.

A potem poznałem innego chłopaka przez fb/fellow, pana P., z powodu którego w tym momencie mam ochotę wypieprzyć wszelkie portale i zająć się sobą. Gadamy, gadamy. Jest miło, sympatycznie. Spotykamy się pierwszy raz, wprowadzam go w grono znajomych, jest miło, acz już widzę, że nie będzie z tego nic. Jednak dalej rozmawiamy. Na drugim spotkaniu jest branżówka i bojkotujące spotkanie anty-walentynkowe. Pojawiam się na tym drugim. P. też postanawia wpaść, więc jestem zadowolony. Siedzimy, gadamy. Jest całkiem sympatycznie. Jednak kolejny raz przekonuję się, że P. do mnie nie pasuje. Ale drążę sprawę. Po paru godzinach on chce iść też na branżówkę. Zgadzam się na to przez wzgląd na niego, zatem ruszamy z miejsca i zmieniamy lokal. Impreza okazuje się być jak zazwyczaj niezbyt ciekawa dla mnie. Siedzę znudzony, gadam ze znajomymi, którzy wśród tego środowiska coś dla mnie znaczą, ale generalnie nic specjalnego. Na koniec zmiana. P. całuje mnie. Mam lekkie zdziwienie, ale cieszę się. A dalej sytuacja, która powala na kolana. Po 5-10 minutach od całusów nakrywam pana P. w dość znamiennym miejscu, jakim jest łazienka na czynności iście nieodpowiedniej, nazwijmy to po imieniu, na lodziku. Tak, przyprawiono mi rogi i poczułem się oszukany. Nawet jeśli jest to całus na imprezie, to dla mnie znaczy coś więcej, jeśli czuję do tej osoby choćby cień sympatii. A tymczasem potraktowano mnie jak szmatę. Nie, nie nastawiałem się na nic. Po prostu sam fakt… samo to, że najpierw się całuje z jednym, a potem ląduje z drugim… to jest niesmaczne. I kontakt się urwał, a Michałek zdobył kolejny punkt do swojej katastrofy.

A potem, całkiem niedawno, wręcz ostatnio, pojechałem się odstresować od wszystkiego do Białegostoku, do mojej Ani i jej dziewczyny. Całkiem sympatyczny wypad, zahaczający także o Warszawę i moją przyjaciółkę pannę N., która też dzisiaj jest w Rzeszowie z chłopakiem i będziemy się widzieć. Generalnie wyjazd był super, tylko na imprezie w Białym Michałek kolejny raz pokazał swoją nieudolność. Miał samotnego przystojniaka na wyciągnięcie ręki, ale nie podszedł. Ach, ta nieśmiałość. Ale trudno, cóż, trudno. Zresztą nie miałem pojęcia, czy on jest gejem, bo towarzystwo było tam mieszane. Niektórym łatwiej podejść i łatwo się mówi, że trzeba spróbować, bla, bla, bla. Ale niektórzy, tak jak ja, mają blokadę i tyle. Może to kwestia ćwiczeń, wypracowania sobie takiej zdolności. Muszę popróbować. Tylko nigdy nie wiem, o czym miałbym gadać z tym facetem.

A przy powrocie, w Wawie, znów naszły mnie myśli o byłym, no i także w Rzeszowie. Ale miałem N., która mogła mnie pocieszyć. Generalnie myśli stały się chamskie. Warszawa nigdy nie była aż tak okrutna. Nigdy nie czułem w sobie aż takiej pustki. Po prostu ten ból był gorszy od rozpaczy, to ból innego typu, ból psychiczny będący pozostałością po wcześniejszym okropnym bólu po rozstaniu, nicość. Już bym wolał tę rozpacz. Ale teraz jest lepiej. Teraz nawet już nie myślę.

A od jutra zaczyna mi się szósty semestr na uczelni. Postanawiam się teraz więcej uczyć, żeby mieć wyższą średnią dla siebie samego. Bo wiecie, kolejnym punktem do mojej katastrofy był piąty semestr. On mnie zniszczył dokumentnie, tak, iż byłem strasznie załamany. Od stycznia zaczęły się wszelkie zaliczenia i sesja. A była to męka. Nie wiem, czy gorzej było teraz, czy w czerwcu/lipcu. Byłem dobity różnymi sprawami, uczyłem się bardzo mało, miałem milion poprawek i nawet ostatnie terminy. Będąc na skraju wykończenia nerwowego już sądziłem, że się nie uda, że będę płacił za jakiś przedmiot lub się przeniosę. Generalnie, że poniosę porażkę. W głębi serca była jednak zakopana moja idealistyczna nadzieja. To mnie uratowało. Jakoś to wszystko pozdawałem, trochę ściągając, trochę się ucząc i mając duuuuużo cholernego szczęścia. Po tych przeżyciach nastrój skoczył mi porządnie. Od razu poczułem się lepiej.

W międzyczasie jeszcze dowiedziałem się, że nie przysługuje mi zwrot podatku z pracy w Holandii(szkoda, ale trudno), że mam wielkie szanse na wyjazd i w tym roku. A jeśli się nie uda, to mam alternatywę(myślimy o tym z dziewczyną Ani, bo ma kontakty w Holandii przez ciotkę). Generalnie wiem, że muszę wyjechać do pracy i trochę sobie dorobić, wiem, że muszę pogodzić to jakoś z praktykami wakacyjnymi, bo kasa jest mi potrzebna bardzo. To już prawie pewne, że chcę stąd wyjechać na magisterkę. Jest w planach Warszawa, Kraków lub Wrocław. Pomyślimy, acz miałem niedawno dość burzliwą rozmowę rodzinną, z której wynikło ostatecznie, że jakąś pomoc finansową i pewnie także mentalną otrzymam. To już jakieś wsparcie. Nie zmienia to faktu, że swojej kasy też muszę nieco mieć na start i potem w nowym mieście szukać pracy na weekendy, co by trochę chociaż dorobić. Ewentualnie zostają korepetycje, jak i tu, w Res.

Miały miejsce jeszcze i inne zdarzenia. Na przykład byłem na trzech imprezach urodzinowych. Dwie z nich były u znajomych branżowych, a jedna, to wczorajsze 85 urodziny babci. Kobiecina wzruszyła się, naprawdę. Piękna sprawa :).

A teraz, podsumowując cały ten wpis i jego tytuł. Generalnie było ostatnio bardzo źle, dużo się tego i owego zdarzyło, trochę dobrych rzeczy, ale nie poddaję się i walczę. Wiem, że na pewno kończę z narzekaniem i nastrajaniem się negatywnie. Przede wszystkim po zdanej sesji czuję się pełen sił na przyszłość. Będzie lepiej. Portale chcę zlikwidować, co by nie szukać facetów, a pozwolić losowi zadziałać samemu, by sam mi kiedyś, w przyszłości dał kogoś niespodziewanie, jak to było z byłym. To prawda, że jeśli nastawiamy się z góry na szukanie, to ciężko cokolwiek otrzymać. Lepsze jest przyjęcie postawy wyjebania na to wszystko i zajęcie się sobą. Tak też postanawiam zrobić. Czytać, pisać, grać, spotykać się z wybranymi, zrezygnować z branżówek i portali(przynajmniej częściowo, bo nie wiem, czy będę je w stanie trwale usunąć), uczyć się w miarę systematycznie, by było mniej problemów przy sesji, organizować sobie fajne wyjazdy, myśleć o wyprowadzce i więcej się uśmiechać! Z tym nie powinno być problemów, bo wychodzi słońce i wiosna tuż, tuż. Dla poety-melancholika to zbawienny okres! Tak więc właśnie – głowa i dupa do góry! Będzie dobrze! Fuck this shitty world, I am Panda!

Trzymajcie się ciepło i wybaczcie lub nie. Jak pisałem, możecie mnie ubić, za to, że was zaniedbałem. Ale po tym wpisie zobaczycie, że miałem powody na bezwenne bezdroża…

A ten tekst ostatnio robił furorę wśród moich znajomych. Wywoływał ambiwalentne odczucia, ale generalnie się podobał. Powiedzcie szczerze, co wy o nim myślicie:

 

ja jestem ty

ja nie umiem brać

co należy

 

ja promień

światło do wnętrza

wpadać rozchodzić się

 

ja jestem ono

ono nie znać życia

ono krew z serca

od serca

dla serca

 

ja umarły

leżeć dusznym światem

nieść

znieść

ja niesiony

na dachy południa

 

ja skakać

wpadać

w twoje puste oko

 

ja nic

ja być

byłem sobą

ja nić

wiązać z tobą

ja nóż

zeschłe pelargonie

 

Trzymajcie się! Chill out, peace, and love!

 

30. Jesteś fajny, mówią…

Tak właśnie mówią. Opowiadają świetne rewelacje, jaki to Michał jest fajny i cudowny, jaki sympatyczny i w ogóle ogromnie pozytywny. Tak? Czy to prawda? Być może. Dobrze, cieszę się, nie kłamię. To wspaniale, że wszyscy tak o mnie myślą. Można zdobywać więcej znajomych, z którymi da się pogadać.

Ale niech mi powiedzą jedno: czemu, do jasnej cholery, skoro jestem taki cudowny, nikt nie chce spróbować czegoś więcej? Czemu wszyscy mają mnie tylko za takiego kumpla, któremu można powierzyć każdą sprawę, któremu wspaniale jest się też wyżalić, bo jest taką suchą szmatką, ręcznikiem do otarcia łez. Ja to rozumiem i lubię pomagać. Jednak mam też swoją cierpliwość i może czasem to ja bym chciał wycisnąć swój nasiąknięty słonym oceanem kropli z oczu ręcznik i po prostu powiedzieć komuś, że jest mi źle. Może to ja bym się tym razem wypłakał i szepnął: „pomóż mi znaleźć rozwiązanie, błagam! Albo chociaż posłuchaj.”.

To chyba źle być fajnym. Fajność nie jest na topie. Mówi się, że to dobrze być takim, ale to jest chyba nudne. Kto lubi grzecznych chłopców, grzeczne dziewczynki? Ja sam wolałbym kogoś z pazurem. To nie ma być nie wiadomo kto, ale fajnie, kiedy nie jest prozaicznym, skrupulatnym urzędaskiem. I nie chodzi mi tu jedynie o wykonywaną profesję, a o samo zachowanie, które pasuje do urzędaska. Po prostu spontaniczność jest cudowna – o tym już nawet pisałem. To ona pozwala nam na świeżość każdego dnia, na nowe pomysły i ich realizację. Z osobą zbytnio ułożoną pewne rzeczy ciężko osiągnąć, bo zwyczajnie w świecie nie da się jej na nie namówić.

Nie, nie jestem fajny, a przynajmniej nie zawsze. Bywam inny, choć ogólnie mam to nieciekawe usposobienie, które mało intryguje. Ciężko to zmienić. Dla ukochanej osoby jednak zrobiłbym dużo. Byłbym dla niej niegrzeczny, gdyby tego chciała. Wszystko w granicach zdrowego rozsądku, ale byłbym dla niej szalony. Dla niej i tylko dla niej. Inni nie muszą mnie takiego znać. To chyba jest najpiękniejsze, czyż nie? Ja tak przynajmniej uważam. Bo w przeciwnym wypadku ludzie mogą oceniać cię inaczej. Np. 180 stopni w drugą stronę. Dziwką nie będę. I również nie chcę mieć takiej opinii, ponieważ wiadomo, że zdanie innych nieraz jest ważniejsze od tego, jaki jesteś naprawdę. I jak ktoś coś usłyszy, to czasem go nie przekonasz, że jest odwrotnie albo przynajmniej nieco mniej drastycznie.

Jakiś czas temu miałem przemyślenia na ten temat, więc powstał nawet wiersz, który ewidentnie wyraża moją frustrację na to, że jestem taki „fajny”.

 

mówili

szeptali

a ja wierzyłem

stąpałem leciutko

drobnymi kroczkami

po marginesie rzeczywistości

 

złudzenia

to nic więcej

nakarmiono mnie

 

co mi z tego

marionetka poruszana sznurkami

płacze szeptem

wiem

verba verba verba

tylko i aż

oddziałują

 

fajny

tak ufam

tak jestem dobry

jak suchy ręcznik

fajny

bardzo fajny

ja wiem

i chcę mniej

 

bo wiesz

fajność

fajnie

niefajna

 

nie będę

szukaj gdzie indziej

 

Trochę słów, i chwila złości. Ale dalej wracam i postępuję tak samo. Taki już jestem. Zbyt miły dla innych. I co tu zrobić?…

Święta za pasem, więc chcę Wam wszystkim życzyć głównie spokoju i zatrzymania się choć na chwilę w tym codziennym pędzie, odkrycia piękna ciszy, rozmów z bliskimi i przyjaciółmi oraz przychodzącego Jezusa.

Wpis o świętach planuję dodać osobno, ale to chyba dopiero po całym tym rozgardiaszu, bo nie wiem, czy wcześniej się zbiorę.

No cóż, to chyba tyle na tę chwilę. Nieznaczny cień widać w tle, miły cień, na który chce się czekać. Czas pokaże.

Dobranoc i do następnego razu :).

29. Słów kilka o wspaniałej książce – Jaume Cabre – „Wyznaję” oraz nieco nowinek.

Tym razem, znów po długim czasie, chciałbym wnieść na bloga nieco kultury, czegoś trochę innego, ale wiążącego się także z życiem. Mianowicie pragnę opowiedzieć co nieco o książce katalońskiego autora Jaume Cabre. Pozycja ta ma tytuł: „Wyznaję” i jest opowieścią człowieka uwikłanego w przeszłość swoich rodziców, czy również wiążącą się z tym przeszłość Viala – skrzypiec Lorenza Storioniego. W książce przewijają się też motywy miłosne. Ogólnie mam bardzo dobre wrażenie o tej pozycji. Tak dobre, że aż kupiłem inną książkę wspomnianego autora. Nastrój buduje przede wszystkim wysmakowana narracja, której nie sposób nie docenić. Jest inna od spotykanych przeze mnie dotychczas. Skonstruowana chaotycznie, przenosząca w różne epoki płynnie i zupełnie nagle, tak, iż całość da się odebrać z pewną trudnością, lecz zupełnie wspaniale. Wszystko jest skomponowane niepokojąco, ale niebywale przemyślane. Główny bohater, cierpiący na demencję starczą musi uporać się ze swoim życiem, więc spisuje je słowo po słowie. Nierzadko można się pośmiać, ale również nieraz napięcie jest duże i trudne do przebrnięcia. Ta książka jest bardzo bliska człowiekowi i jego życiu. Nie oszczędza w słowach. Gdy trzeba przeklnąć, to przekleństwo jest na odpowiednim miejscu. W pewnych momentach odkrywamy, że bohater myśli zupełnie podobnie do nas, gdy nas spotyka taka sytuacja. Wiele razy wątki mogłem odnieść do swojego życia.

Piękną sprawą jest to, że w powieści występuje przynajmniej jeden gej, a możliwe, że dwóch. Autor opisuje to jako coś normalnego, nie sili się, jak niektórzy, by uznać to za patologię. Ma trafne spojrzenie na rzeczywistość nie tylko w tej mierze. „Wyznaję” zauroczyło mnie w pełni, dawno nie czytałem czegoś podobnego i dawno nic tak nie poruszyło moich emocji. Bo zło dla cudownej idei przecież można usprawiedliwić. Liczy się wyższe dobro! Tylko czy rzeczywiście to jest dobro, czy jedynie fanatyzm i dążenie do władzy po trupach, albo też zaślepienie i usprawiedliwianie swoich niecnych postępków agresją na innych? Czytelnik sam musi to rozstrzygnąć.

Wielką rzeczą jest to, że zdania w innym języku nie są tłumaczone na polski. To dodaje pewnego smaku całości W końcu bohater to wykształcony lingwista i poliglota. W związku z tym treść pozwala na wczucie się w jego myśli. Nie można pójść na łatwiznę. Bo przecież nasze życie, odczucia i doświadczenia idą skomplikowanymi ścieżkami, nigdy prostymi. Wszystko jest wielowątkowe i ma wiele podtekstów i barw.

W powieści występuje cała moc charakterystycznych bohaterów głównych jak i spora ilość tych epizodycznych, pojawiających się czasami tylko raz. Wiele wątków pozornie nie ma żadnych powiązań, lecz ich temat wiąże wszystko w jedną całość. Spoiwem są również wspomniane skrzypce, które w domu bohatera były „od zawsze”. A przynajmniej od jego urodzenia. Jaka była ich cała historia? To już odkryjecie, czytając „Wyznaję”. Ze swojej strony jeszcze raz szczerze mogę ją polecić. Jest warta swojej ceny 50 złotych, choć ja kupiłem ją w Lidlu za 35. Co najśmieszniejsze, wcale tego nie planowałem. Przez przypadek natrafiłem na nią na półce i zacząłem czytać. Po paru minutach wiedziałem, że muszę ją mieć. Książki, które tak oddziałują na człowieka, warte są każdej ceny. W końcu to inne światy, do których można wejść, to postaci, z którymi można przeżyć cudowne, niezapomniane chwile. I to wszystko zapisane na pachnących stronach papieru.

Wybaczcie mi, proszę, że kolejny raz tyle zwlekałem. Złożyło się na to wiele spraw, a przede wszystkim brak czasu i znów weny. To nie takie proste poświęcić chwilę na coś konstruktywnego, kiedy wokół tyle łatwych zapychaczy czasu. Takie życie. Na rekolekcjach było super. Poza tym mam dość bycia smutnym singlem. Chciałbym mieć kogoś do tulenia i kochania. Czy to się spełni, przyszłość pokaże. Wierzę, że tak będzie. Być może to jedynie złudzenia. A może całe życie to jedno wielkie złudzenie? Nie wiem. Lecz jeśli tak, to chociaż chcę chwytać te piękne chwile i pakować je w małe prezenty dla innych. Zbliżają się święta i sylwester. Już mam plany. Znów spędzę czas z moją ukochaną Anią. Tym razem jednak w Poznaniu. Tak, nigdy tam nie byłem i już się cieszę na tę przejażdżkę. Ponoć to piękne miasto. No i spotkam się też po raz pierwszy ze znajomymi z północy kraju. To też będzie na pewno fajna sprawa. Nie mogę się doczekać. Cóż, liczę, że następny rok będzie szczęśliwszy od obecnego. Może przyszłość przyniesie wiatr zmian i tym razem nie pokopie mnie. Oby.

Udzielam korepetycji z chemii, studiuję, grywam w Warcrafta 3, czyli standard, oglądam Pokemony i Queer as folk, a oprócz tego inne filmy. Jest nawet miło. Gdyby tylko był ktoś, z kim można by to dzielić. Może kiedyś.

Na koniec zostawiam jeszcze piosenkę o dość znaczącym teledysku i tekście! Miłego wieczoru i dobrej nocy! Do kolejnego razu!

28. Melancholia – szczęście, czy przekleństwo?

Nareszcie, po prawie miesiącu zbieram się do naskrobania czegoś. A po poprzednim wpisie miałem szybko ochotę coś dodać. Jednakże nie wyszło. Znów zwyciężyło zniechęcenie i wybór nie tego, co słuszne, a tego, co łatwe. W tym momencie nastrój nieco mi się odmienił, aczkolwiek temat wpisu jest ponadczasowy, mimo wszystko. Za jakiś czas melancholia z pewnością wróci.

A więc właśnie – melancholia. Nieraz zastanawiam się, czy jest to dla mnie szczęśliwy zbieg okoliczności, czy raczej przekleństwo, które muszę znosić. Kwestia jest taka, że jednocześnie nienawidzę i kocham ten stan. Wtedy tworzą się najlepsze wiersze i ogólnie teksty, wtedy można nieco podumać o swoim życiu, zastanowić się nad jakąś istniejącą gdzieś głębią, esencją bytu. Lecz z drugiej strony właśnie wtedy nachodzą czarne wspomnienia i nierzadko łzy kapią obficie. Pod wpływem rady kolegi wykonałem niejaki test enneagramu, który bada naszą osobowość. I, co ciekawe, wynik mój w pełni zgadza się ze mną, czyli jest wiarygodny. Dowiedziałem się tego, co już w sumie wiedziałem, tylko niekoniecznie zbyt krystalicznie. Teraz mam wyraźniejszy ogląd. Tak, jestem 4w5, generalnie artystyczny samotnik, lubiący pisać wiersze i długo cierpiący po nieudanym związku. Stąd stale wspominam M., który odszedł dawno, a we mnie jeszcze żyje. To głupie, ale chyba nie mam na to jakiegoś wielkiego wpływu. Pewne kroki już podjąłem, wspominałem o tym, lecz mózgu nie da się sformatować, jak dysku, zatem, chcąc, nie chcąc, nieraz wpadam w męczącą mnie zadumę, zadumę tytułowej melancholii. Sraczka poetycka z dedykacją dla niewidzialnego już M. powoli mnie przytłacza. Kiedyś czułem, że mam większy polot w lirykach, a teraz stale jedno i to samo.

Tęsknię, tęsknię nieraz za tym dupkiem, choć wszyscy wiemy, że to nie ma kompletnego sensu. Ale kto zrozumie serce? Nie ma tej zdolności, jak mózg, który często mnie ratuje. Przywraca organ miłości do porządku, lecz pełnego wpływu nie ma. Na szczęście o tyle wystarczający, że myśli ograniczają się z reguły do wspominanych stanów zasiedzenia. W pozostałym, dłuższym zdecydowanie czasie, żyję z dnia na dzień, ostatnio czytając, rozmawiając, pisząc z innymi, studiując, ucząc się, grając. Tak więc nie jest mimo wszystko źle. Może, gdybym to pisał w momencie melancholii, to inny by miało kształt, jednak chyba ten jest lepszy i bardziej obiektywny.

A teraz rzucę jeszcze kilkoma ostatnimi przemyśleniami, obserwacjami rzeczywistości.

Zacznę od tego, że przecież wszyscy tak często wolimy zakochać się w skurwielach, czy tez wrednych i fałszywych pannach, niż wartościowych osobach. To naturalne, ale pytanie, dlaczego tak jest, hmm? Czy to kwestia tego, że wartościowe osoby wydają się nam nudne, brzydkie? Czy to wystarczy, by wybrać kogoś, kto wbije nam nóż w plecy, gdy mu się znudzimy? Niegrzeczność jest bardziej pociągająca od stałości? Chyba tak. Coś w tym jest, Ameryki z pewnością nie odkrywam. Często, choć naprawdę chcemy czegoś pewnego, to jednocześnie pragniemy, by miało to polot i rodzaj czegoś niezbyt przyzwoitego. Czy da się to pogodzić? Myślę, że tak, choć trzeba trafić na właściwą osobę.

Natykałem się też ostatnio na dość ekscentryczne osobistości, także w „internetach”. Jedną z nich jest niejaki osiedlowy staruszek, który jest tak specyficzny, że po prostu nie da się przejść obok, choć odsuwa od niego na kilometr. Kojarzę go już dłuższy czas i mnie intryguje. Ubiera się we wszystko, co popadnie, generalnie chodzi brudny i śmierdzący ze swoim nieodłącznym wózkiem bez jednego koła, z ranami na twarzy. Raz leżał normalnie przy przystanku w słońcu z rozpiętą koszulą, z rowerem rzuconym obok. Zdawało się, że coś mu jest, ale jak go pytaliśmy, to zaprzeczał i pomocy nie chciał. Nieraz wraca na tym rowerku, obarykadowany jakimś dziwnym złomem. Generalnie zmierzam do tego, że takie osoby jak on, mimo wszystko, zwracają naszą uwagę. Czasem zastanawiam się po prostu, jaka jest historia ich życia, co przyczyniło się do obecnego stanu egzystencji i bycia tak ekscentrycznym. Druga dziwaczna osoba, to pani z autobusu, dość nadpobudliwa w działaniu. Też widziałem ją już kilka razy, a ostatnio przeszła samą siebie. Zrozumiałem, że jest związana z czymś humanistycznym, zatem musi być mądra, jednakże, kiedy z nadgorliwością i faryzejstwem zwierzała się na cały autobus pewnej dziewczynie, która, widać było, że tylko czekała na moment, gdy staruszka wysiądzie, to zwyczajnie stwierdziłem, że nie znoszę takich osób. Pani z typową „katolicką nieomylnością” oceniała różne zachowania tak, jak gdyby miała jedyną i świętą rację, monopol na zbawienie. To podchodziło pod bożyszcze. Boję się takich osób, naprawdę, acz nie zmienia to faktu, że ich psychologia jest w swoisty sposób interesująca, nie zaprzeczycie.

Kolejne dwie grupy osób, to, po pierwsze, młodociane, „gimbazjalne” dziwki. Nie chcę nikogo obrażać, nie taka jest moja intencja, ale oczy bolą, kiedy widzisz ledwo odrośnięte od ziemi dziewczęta z mocnym makijażem, który im zupełnie nie pasuje, z wielkimi telefonami, w których żyją, w ubraniu, wołającym o pomstę do nieba, w ubraniu, którym wyrażają coś w stylu: „Chodź, weź mnie w ciemny zaułek i wyruchaj! Oddam się z chęcią!”. Dear Goooood! Albo chłopcy z włosami jak dziewczynki i opnijdupkami na nogach. To nawet nie jest ładne, to jest żenujące. Ciekawe, skąd to wszystko się bierze? Popkultura? Who knows?

Druga grupa? Sabotażyści, czyli ukryte aluzje w stosunku do drugiej osoby. Jechałem ostatnio autobusem, to się nasłuchałem o tym, jak pewni, wydawało się, studenci, mówią przy mnie np. o tym, że by usiedli, ale ich dupa boli i tym podobnych rzeczach, stąd od razu wniosek, że chcieli wywołać we mnie konsternację, coś takiego, żebym pokazał po sobie oburzenie, a wtedy wiedzieli by, że jestem gejem. Tak, byłem wtedy w zielonych trampkach, czerwonych spodniach, no i z kolczykiem. Może się wyróżniałem, ale postanowiłem ich olać ciepłym moczem i zwyczajnie stać obojętny, w duchu śmiejąc się z tego, jacy są mentalnie niedojrzali. Wspominałem o tym chyba w jednym z holenderskich wpisów. Najbardziej nie znoszę takich durnych, ukrytych aluzji. To jest zwyczajnie żałosne i pokazuje, jak „kulturalne” mamy społeczeństwo. Osobiście, gdy mam o kimś niezbyt przychylne zdanie, staram się nie wyrażać tego publicznie w taki sposób. Mogę się tym podzielić tutaj, lub na przykład w rozmowach z przyjaciółmi. To chyba odpowiednie sposoby, jak sądzicie? :)

Dwie kolejne sprawy to synod i moi rodzice. Pierwsza, czyli synod, bardzo pozytywnie nastroiła nas, z Wiary i Tęczy, ale też na pewno wszystkich wierzących ludzi LGBT oraz rozwodników. Coś się ruszyło. Papież Franciszek jest super człowiekiem i jego pontyfikat daje się już znacznie we znaki. Jednych przyprawia o ból głowy, a innych, znaczną większość, napawa nadzieją. W końcu Kościół, pozornie otwarty na wszystkich, jest zamknięty na tyle ważnych problemów świata. To przerażające, że odrzuca się niektóre osoby, potrzebujące wsparcia, chcące żyć po swojemu, jednocześnie wierząc, chcące żyć dobrze i prawidłowo, ale pewne wytyczne zamykają im drogę. A przecież nie są złymi ludźmi, tylko czasem po prostu im nie wyszło(np. przemoc domowa i stąd rozwody) lub jak my, ludzie LGBT, nie mieliśmy wpływu na naszą orientację. Może synod nie skończył się jakoś bardzo dobrze, jednakże trzeba się cieszyć z tego, że Franciszek jest tak otwarty na potrzeby i problemy drugiego człowieka jak Jezus! A o niektórych hierarchach nie można tego powiedzieć. Wszystko może ulec zmianie w przyszłości. Celibatu też kiedyś nie było, Mszy nie odprawiało się przodem do ludzi, a teraz? No właśnie! Stąd wypływa wielka nadzieja na powiew zmian.

Kwestia moich rodziców jest specyficzna. Szerzej omówię ją we wpisie o akceptacji innych, który kiedyś dodam, aczkolwiek teraz chciałbym tylko wspomnieć, że relacja staje się coraz bardziej niemożliwa. Nie jestem doskonałym dzieckiem, ale nie zmienia to faktu, że jestem dorosły i wolno mi więcej rzeczy, a oni chyba tego nie rozumieją. A wszystko opiera się, jak się zdaje, o lęk, że „te głupki(w domyśle geje)” zrobią mi krzywdę. W skrócie: są normalni ludzie i ci, których nazwy moja mama nie chce wymawiać. Ale bardziej omówię to innym razem. Generalnie kłótnie + chwilowe zawieszenie broni = zależność cykliczna, coraz bardziej męcząca. A przecież zwyczajnym, ciepłym słowem i choćby utuleniem dałoby się więcej załatwić.

Wróćmy jeszcze do melancholii. Moim przekleństwem są tu piosenki niejakiej Zemfiry, rosyjskiej wokalistki. Czemu? Są ładne, owszem, ale nierozłącznie kojarzą mi się z byłym, zatem nieraz słucham jej i płaczę. Tak, tak, nie wiem nawet, w jakim celu. My, ludzie, lubimy się sami dobijać? Chyba coraz bardziej w to wierzę.

I jeszcze nieco moich wypocin, tak do tematu:

 

jak wiatr

ludzie

 

płyną

idą

giną

 

przychodzą

przechodzą

odchodzą

 

ten stan

pustynia lodu w sercu

i duszy

melancholia

 

Poeci, poeci, a co można powiedzieć o was, hmm? Ot, przekleństwo…

 

nam wolno wszystko

rymować nie rymować

rzucać słowami gdy przyjdą z głębin

 

i tylko

korzenie rozdzierają duszę

pędy pochłaniają ciało

dzień po dniu

noc po nocy

nasze przekleństwo

 

Teraz, jak wspominałem, jest zdecydowanie lepiej. Obecnie melancholii nie ma, ale jak już przyjdzie menda, to tak naprawdę nie wiem, czy się z niej cieszyć, czy po prostu się pociąć tępą żyletką. Może powstanie kolejny głupi wiersz, może złapię jakieś ciekawe przemyślenie, ale oprócz tego wyleję również ocean łez i nieco pocierpię. Pytanie z tematu więc pozostawiam otwarte. Niech każdy melancholik odpowie sobie na nie sam.

Dziękuję Wam wszystkim, że nawet tu wpadacie czasem i czytacie to, co piszę. To miłe. Udanej niedzieli dla Was, spokojnej, sympatycznej, lecz lepiej niemelancholicznej :).

Coś chilloutowego do posłuchania – moje ukochane The Cranberries:

27. Imprezy na tęczowo – nadzieje i rozczarowania.

No to dzisiaj poruszę taki aspekt, ponieważ w sumie jest to część mojego gejowskiego życia, od kiedy siebie zaakceptowałem. A jest to temat dziwny. Mimo wszystko chcę go podjąć, choć nie mam co prawda zbyt wielkiego doświadczenia w tych sprawach. Lecz… może to i lepiej. Przyczyną jest chyba to, że niezbyt imprezowy ze mnie człowiek. Od kiedy pamiętam, zawsze preferowałem ciszę i spokój, hałas mnie męczył i nastrajał negatywnie. Jednakże wypad w fajnym gronie jest czymś wspaniałym. Najpierw jednak trzeba to grono mieć.

Mój sposób dogadywania się i łapania znajomości przedstawia się dość schematycznie. Jestem nieśmiałym chłopakiem, chyba, że wiem, że nikt mnie nie wyśmieje w jakiś wredny sposób, kiedy powiem coś nie do końca wpasowującego się w dyskusję. Wtedy potrafię szybko kogoś dopaść z chęcią poznawania na wszelkich możliwych płaszczyznach intelektualnych, „pierdółkowatych”, a jak jest podobającym się mi gejem, to i innych, bardziej „przytulaśnych” i „całuśnych”, acz tu jest również problem nieco innego typu. Wszyscy wiemy, że przy znajomościach prowadzących w naszej świadomości do tak zwanego „czegoś więcej” dopada nas pewna blokada, którą ciężko wyjaśnić i przełamać. To onieśmielenie, tylko że innego rodzaju. Boimy się odrzucenia i chcemy, by wszystko wypadło pomyślnie, gdyż jeden najmniejszy błąd może przekreślić wiele dni ciężkiej pracy. Stąd bardzo się staramy i często zwyczajnie nie umiemy osiągnąć celu. Oczywiście jestem jedną z takich osób. Czyli nieśmiałek razy dwa.

A zatem, skoro już wiemy, że jestem takim sobie typem, to oznacza, że na imprezach nieraz bawię się z samym sobą, zastanawiając się w myślach, co ja tu robię i kiedy wreszcie będę mógł znaleźć się w swoim pokoju. Często moje rozbawienie liczone jest za pomocą ilości wypitego alkoholu i właśnie odpowiedniego towarzystwa. Kiedy jestem rozluźniony i są tematy, zabawa jest fajna. Inaczej wolę swój telefon oraz intymną przestrzeń bezpieczeństwa. I syczę.

Na tęczowych imprezach zdarzyło mi się być w Warszawie oraz Rzeszowie. Muszę stwierdzić, że wszystko różni się diametralnie. Moje miasto raczkuje, Warszawa ma pełnoprawne kluby dla osób LGBT, co jest fajne. Z drugiej strony środowisko stolicy wydaje się być niedostępne, zbyt ekstrawaganckie, ekscentryczne, nieprzyjemne i nieprzyjazne dla małomiasteczkowych przybyszów. No i tak raczej jest. Każdy zajmuje się swoją własną dupą, no i jest naturalna selekcja na ładnych i brzydszych. Nie jesteś wystarczający – nikt nie zwróci uwagi. Nie bawisz się wystarczająco zachęcająco – nikt nie zwróci uwagi. Smutne, ale zauważam, że cechą stolicy jest ogólna bezduszność. Może to swoisty sposób obrony. Miej serce z kamienia i dupę ze stali? Być może. Ale ja się nie wpasowuję. Nie umiem zarywać, taki już mój antyurok językowy w bajerancji ;)). Ale dialog chętnie prowadzę. Muszą jednak być chętni, którzy czasem się zdarzają.

Odwiedziłem kilkukrotnie Toro i jeden raz Galerię. Ogólnie było sympatycznie, ale to przez wzgląd na moich znajomych. W przeciwnym wypadku pewnie zastosowałbym drugi sposób na spędzenie czasu. O darkroomach nie wspominam, bo to raczej nie moje klimaty. Jestem zbyt… hmm… powiedzmy, że liczę na coś więcej, niż szybki numerek z kimś, kogo nie mogę nawet zobaczyć. To dla mnie straszne i odpychające, choć generalnie druga natura człowieka wywołuje we mnie naturalną ciekawość. Nie zmienia to faktu, że zwycięży to, co jest priorytetem.

Rzeszowskie imprezy wyglądają nieco inaczej. Są sympatyczniejsze, bo da się poznać nowe osoby i powiększać grono fajnych znajomych. Nie każdy jest ok, ale wiadomo, że tak jest wszędzie. Jednakże ostatnio organizujemy sobie spotkania przy piwie, przychodzi sporo ludków i jest naprawdę miło. Zawsze znajdzie się ktoś do rozmowy. Plener temu służy. Raz było zimno, to poszliśmy normalnie do pubu, jednak wtedy było już gorzej. Michał został Mr. Lonely.

Muszę powiedzieć, że kiedy trafiłem do rzeszowskiego środowiska, to miałem wielkie nadzieje. Po rozstaniu liczyłem, że może akurat uda się znaleźć(albo inaczej: natrafić na odpowiedniego) faceta. Owszem, poznałem wiele wspaniałych osób, ale rozczarowanie jest jedno – z żadnym nie ma związku. To nawet nie o to chodzi, bo w sumie przecież na razie mi dobrze jako singiel. Stale i wciąż. Pisałem już o tym. Ale czasem po prostu brakuje mi bliskości ukochanej osoby, pozytywnego wariata, który spodobałby mi się fizycznie i z charakteru. Nie oszukujmy się, jedno bez drugiego nie przejdzie: czy to sam wygląd, czy sam charakter. Już to przerabiałem. Dlatego właśnie jestem nieco rozczarowany.

Wybaczcie taki długi okres braku aktywności. To zwyczajne lenistwo. Nic innego. Poza tematem powiem, że zaczął mi się kolejny rok na uczelni, więc powoli trzeba spiąć pośladki i zabrać się do roboty. A robimy nawet fajne rzeczy, jak olejek eteryczny ze skórki pomarańczowej. W takich momentach mówię sobie tylko: „I fucking love chemistry <3″. Oprócz tego mieliśmy już pierwsze spotkanie rzeszowskiego WiT-u i było wspaniale, a także inne spotkania, spotkania, spotkania. Z gejami. Z nie-gejami. No i jest ok. Tylko czasami jeszcze przychodzą złe wieczory pełne głupich wspomnień. Tak, jak niedawno. Tęsknota żyje, choć jestem teraz najbardziej skupiony na sobie! Gdyby pojawił się ktoś, kto zapewniłby bliskość, myślę, że wtedy… wtedy to wszystko wyglądałoby nieco inaczej. Póki co życie toczy się dalej, nadeszła jesień, jeszcze ciepła jesień ze zmienną aurą, z kolorowymi liśćmi i ostatnim, letnim słońcem. Nadchodzi depresyjny czas, ale nie zamulamy jak rzeka i trzymamy głowę wysoko! Z uśmiechem! To podstawa sukcesu. Łzy są potrzebne, jednak ważne, by nie przesłaniały celu i by oczyszczały.

Herbatka, ciepły kocyk, dobra książka. Ostatnie chwile w ogrodzie, huśtawka, drzewa, przyjazny pies. Zdecydowanie.

Dobrej aury i miłych snów! Nie bijcie zbytnio za zwłokę, proszę. Nie obiecuję, że będzie lepiej, ale co jakiś czas wpis na pewno się pojawi. Ach, i jeszcze jedno: rekolekcje przeszły bez zgrzytów. Brak byłego. Świetna atmosfera, cudowni ludzie! Już w grudniu kolejne. Odliczamy dni!

Do następnego razu! ;)

26. Nie bójmy się spełniać marzeń!

Moja Wena jest taka, że często mnie nienawidzi. Tak, zdecydowanie wiem, o czym mówię. Też tak macie, prawda? To nie jest mój odosobniony przypadek? No ba, miałem rację! Wena jest dziwką ulotnych chwil. Często łapie je za ogon i odlatuje z nimi, szukając czegoś w rodzaju katharsis! Ale od czego ucieka? Ta zagadka pozostanie chyba nierozwiązana. Przynajmniej my, poeci… nie, zdecydowanie nie umiemy odkryć sensu jej ucieczek i powrotów. Kaprysy. Kaprysy. Kaprysy.

 

można szukać weny

chcąc napisać

strumień niekończącego się piękna

 

Tak, słów kilka o tej krowie, która tak mnie nie lubi, bo ostatnio odwróciła się ode mnie zupełnie i nie mam ochoty na pisanie czegokolwiek, z małymi przebłyskami.

 

można też stworzyć

wiersz o braku weny

który paradoksalnie

rodzi się właśnie z niej

 

Niby są jakieś nikłe pomysły, ale to za mało, by coś pisać. Pamiętam…

 

można milczeć

można prawić morały

albo jak na scenie

improwizować

wymyślać błahe historie

wzorując się otoczeniem

 

Pamiętam, kiedyś inaczej myślałem, inaczej wierzyłem, inaczej pokładałem nadzieję, inną miałem miłość. Moje pomysły były bardziej złożone, proza się tworzyła, płynęła ze środka duszy. I umysłu.

 

wena jest w nas

tylko czasem ma zamknięte oczy

wiersz o jej braku

powstaje z otwartych powiek

sączy się jak łza

by ujrzeć światło

 

Światło? Ktoś zgasił światło, a wtedy burdele działają najprężniej. Gdzieś musiała trafić!

 

nawet gdy mistrz

nie zamknął jeszcze swych ust

nawet gdy nie usłyszał oklasków

poeta może postawić nagłą kropkę

kurtyna opadnie

powieki się zamkną

 

…ale nie mam już chyba siły przebicia. Jednak wiem, że chcę. Muszę tylko usiąść i pomyśleć o sobie, o tym, że kiedyś było zupełnie inaczej i po prostu byłem zakochany w światach, które sam tworzyłem!

 

śmiało rzec można

że wiersz ten

o braku weny z tytułu głoszony

spadnie w taki wir

obróci się dwa razy

i spłonie…

od żaru

a poeta z zamkniętymi oczami

przypomina lunatyka

chodzi po świecie

i czeka na tchnienie

które czasem podniesie powieki

 

Wierzyć mi nie zaszkodzi. Powieki po długim śnie muszą się podnieść, czyż nie?

 

wiersz o braku weny spisany

kropka postawiona

woda i piasek

i cement

i beton…

 

Gdyby tak móc oglądać taki piękny beton… dzieło dokończone, dopracowane, piękne… Marzenia. Ale marzenia się nie spełniają, Marzenia się spełnia!

Lecz nie to miało być głównym tematem. Mam tyle zaległych spraw do opisania, jednak, jak widać powyżej, nie mam na to ostatnio zezwolenia pewnej damy o wątpliwej reputacji. Moje życie w sensie stricte „miejscowym” doszło do consensusu. Jestem już w całości w Polsce i cieszę się z tego. Wiem też, że chętnie na borówki wybiorę się za rok, bo warto. Teraz jednak dobrze mi tutaj i niech tak zostanie.

W tym momencie też jestem w rozjazdach. Jak na rozpoczęcie wakacji, tak i na zakończenie. Trochę jakby powtórka z rozrywki. Znów Warszawa i Białystok. Z tym, że stolica x2. Nad ranem wyjeżdżam z Panną A. na rekolekcje WiT-u właśnie tam :). Już się nie możemy doczekać, bo będzie jak zwykle sympatycznie. Oprócz tego pewności nie ma, ale prawdopodobnie osoby mojego byłego tam nie uświadczymy. W związku z tym nie jestem jakoś specjalnie nieszczęśliwy z tego powodu, a nawet wręcz przeciwnie, bo w sumie nie chcę, żeby przyjeżdżał. Tak dla mnie lepiej. A co powiecie na to, że wyrzuciłem go wreszcie ze znajomych na fb? :) To jest dla mnie cholernie ważny krok. Rzekłbym, że milowy, bo od tego momentu nie będę wcale widział jego wpisów, a tym samym nie będę wspominał. Doszedłem do wniosku, że ten etap zakończyłem i rozrachunek jest taki, że w głowie zachowam to, co dobrego mi ten związek przyniósł, wyrzucę złe rzeczy i ruszę naprzód. Nie ma sensu dźwigać cegieł, jeśli nie budują one domu! Lepiej poczekać na takie, z których powstanie piękna budowla. A kandydaci się nawet pojawiają :). Więc dość tego letargu i – walczę teraz o siebie. Najważniejszy jestem ja sam, a jeżeli ktoś sobie zasłuży na moje zaufanie, to mu je oddam! Jeżeli nie, to jego strata.

Teraz spełniam marzenia, bo nie boję się tego! Nie, już nie! Od kiedy nabrałem pewności siebie wiem, że na magisterkę uciekam do innego miasta. Wiem, że chcę sobie kupować ubrania, w których będę się czuł dobrze i ładnie, nawet, jeśli niektórym się to nie spodoba. Wiem też, że zrobię i inne rzeczy, jak to, że znajdę pracę na weekend, jeśli tylko zechcę. Jeżeli się czegoś bardzo pragnie, to zrobi się wszystko, by to osiągnąć, jeżeli się czegoś nie chce, to znajdzie się powód, by tego nie robić. Zawsze! I ja do tej pory znajdowałem milion irracjonalnych powodów. Ze strachu, zwyczajnego strachu, by zmierzyć się ze sobą samym i swoją strefą komfortu! A warto zawalczyć o siebie! Bo inaczej nic nie da się osiągnąć. Bez ryzyka nie ma zabawy… i sukcesów. Holandia była jednym z takich małych-wielkich kroczków naprzód. A kolejnym co? Kolczyk. Tak! Od jakiegoś czasu marzyłem już o kolczyku w płatku ucha. Ładnym, czarnym, okrągłym kolczyku. Teraz go mam, bo pokonałem lęk i poszedłem do piercera. A w tym momencie mam już w planach kolejne przekłucia i może kiedyś tatuaż. Warto zatem pokonywać swoje śmieszne obawy, bo, jak widzicie, strach ma ogromne oczy. Lecz kiedy mu je zamkniemy, to ścieżka do celu jest prosta, a radości co niemiara. Trzeba tylko nieco odwagi i sił, by podejść blisko i opuścić te wielkie powieki. Nie bójcie się! NIE BÓJCIE SIĘ SPEŁNIAĆ SWOICH MARZEŃ! Macie na to tylko jedno życie. I nieważne, co ludzie powiedzą. Liczycie się Wy sami, a jeśli ktoś się z Was śmieje, to w tym momencie już dla Was nie istnieje! Szkoda czasu, którego przecież tak niedużo.

Dziękuję, że wielu i wiele z Was wiernie czyta mojego bloga. To mi daje dużo motywacji do działania i zmian. Naprawdę cieszę się, że tamtego dnia postanowiłem zrobić coś konkretnego i założyć moje „igielne ucho”, przez które przechodzicie Wy i ja każdego dnia. W końcu nie tylko gejowski, lecz każdy żywot jest takim ciasnym uchem! Ale z odrobiną odwagi i motywacji zwyciężymy. W imię Waszego szczęścia błagam, nie bójcie się! :)

Dobrej nocy! Teraz tylko odpalić „Czarny blues o czwartej nad ranem”, bo właśnie ta godzina mi się zbliża na małym złodzieju czasu :). I wyluzować.

Trzymajcie się, Moi Drodzy! Dzięki za życzliwość!

P.S. Przepraszam za zwłokę z kolejnymi wpisami. To wina:

a) braku weny,

b) mojego lenistwa,

c) braku czasu.

Sami wybierzcie :P. Słodkich!

25. Czasami sam siebie nie rozumiem…

Wiem, powinienem szybciej coś umieścić. Wybaczcie moją opieszałość. Ostatnio mało mam weny na cokolwiek. W tym momencie jestem w domu, ale tylko ciałem. Duch fruwa sobie gdzieś w nieokreślonej przestrzeni pomiędzy Holandią a Polską, a w samej Polsce to już w ogóle jest rozdzielony na milion horkruksów. Jakbym nie był sobą. „Niby cudownie, ale wcale nie jest dobrze…”. Siedzę w domu, na własnym fotelu, leżę na własnym łóżku, jem we własnej kuchni, wychodzę na własny ogród, ale… Jest jakieś „ale”. I sam nie do końca wiem, jakie. Czytam książkę, oglądam filmy. Niby fajnie, lecz… Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Tutaj jakieś duszne zawieszenie.

Ostatnimi czasy nie wiem, czego chcę i nie rozumiem siebie w ogóle. Kompletny brak polotu i Matrix: Kuchenne rewolucje. Tak w skrócie.

Pamiętacie, gdy pisałem o tym, że ostatnio znowu uciekam w samotność? To prawda. Zupełna prawda. Nasiliło się to w Holandii, gdzie alienacja była wręcz zrozumiała. Nigdy nie lubiłem ludzi, bo ich nie rozumiałem. A może inaczej: czułem, że jeśli się uzewnętrznię za bardzo, to nie zostanę zrozumiany przez nich. Zdarzyło się już kiedyś, więc to nie puste gadanie. Co prawda zmieniłem teraz środowisko albo raczej grupę rówieśniczą. Obracam się bardziej już nie w super katolickim towarzystwie, lecz w tym LGBT. Bardzo mi z tym dobrze, lecz widzę, że z tego powodu, gdy teraz zostanę wrzucony w paszczę samych heteryków, to kiepsko ze mną. Bardzo kiepsko. Przede wszystkim, kiedy nie ma od tego ucieczki. Imprezy też mi zbrzydły – inne, niż branżowe. Po prostu nie bawię się na nich dobrze, bo jestem skrępowany tym, że muszę udawać kogoś, kim nie jestem. Dopóki nie przeszedłem procesu samoakceptacji, nie było to wcale uciążliwe. A teraz? Jest.

Na portalach gejowskich ostatnio coś się dzieje. To dziwne, bo już dawno niczego nie było, nikt właściwie nie pisał. A tu bum, mam nagle w planach spotkanie z jednym chłopakiem. Nie, nie jestem nastawiony na cuda. Życie pokazało już, że obdarowuje nimi niezmiernie rzadko, gdy znajdziesz się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Miałem swój cud, który potem prysnął jak bańka. Teraz chcę czegoś realnego, a nie księcia ratującego księcia ze szponów samotności. To zupełnie bez sensu. Nie, nie jest mi źle samemu. Powiem szczerze, że nawet obawiam się trochę czegoś nowego, więc nie chcę niczego przyspieszać. Jeśli cokolwiek ma się pojawić, to fajnie. Ale ja nie potrzebuję tego na gwałt. Nie zaufam tak głupio jak kiedyś. Może nawet bym chciał, ale nie umiem. To kwestia czasu i odpowiedniej osoby. A ja mogę sobie poczekać. Rozmawiać warto z każdym, kto cię szanuje. A wczoraj spotkałem się z takim innym chłopakiem. Widujemy się już od pewnego czasu. Nie wiadomo, ku czemu to zmierza, ale ani nie będę zabraniał, ani nadmiernie pozwalał dziać się sprawom. Co ma być, to będzie. Jedno wiem w sprawie facetów: nie chcę już swojego byłego. Mija rok, wystarczy głupiej tęsknoty za niczym. Czuję wewnętrzne katharsis. Powoli oczyszczam się z bólu, powoli naprawdę zaczynam pragnąć, by po prostu ktoś czasem przy mnie był, a nie konkretnie on. Z Panną N. i Panną A. wymieniamy dużo zdań na ten temat. To pomaga zrozumieć zdarzenia, które miały kiedyś miejsce i spojrzeć na to jasnym okiem.

Wpis jest chaotyczny.

Wiem…

Taki musi być, bo dziś nie jestem w stanie sklecić czegoś konkretnego, czegoś poukładanego w piękną całość. Dziś mam ochotę na brykanie jak Tygrysek. Zrobienie kilku głupotek. Dzisiaj jechałem rowerem ze spotkania z kumplami gejami(jeden uderza w stolicę do faceta… Zmienił się. Nie jest taki, jak kiedyś.). Dzisiaj szkliły mi się oczy pod wiatr. W uszach nowe, białe słuchawki kupione w promocji. W słuchawkach muzyka. Swoiste zapchanie pustki, której nigdy nie chciałem zapychać muzyką.

 

to zadziwiające

jak pory roku

każda inna

trwają bez przerwy

 

Okruszki myśli. Okruszki głupich myśli. Nie wiadomo, o co właściwie chodzi. Dziwne odczucia. Nieobecność. Unoszenie się jakby poza ciałem.

 

to zadziwiające

jak człowiek zmienny

o każdym czasie inny

niczym we śnie zaklęty

 

Mały przystanek. Stop! Dość! Za dużo w głowie, trzeba stanąć. Nie wolno jechać dalej. Dwie minuty przerwy.

 

miliony dawkowanych kłamstw

miliony znienawidzonych spraw

oszustwo za oszustwem

każdego dnia

 

Spojrzenie w dal. Rzadkie krople, płynna sól. Zaciśnięcie dłoni na kierownicy. Bezsilność.

 

to zadziwiające

że tak łatwo uwieść siebie

tak łatwo zaprowadzić idee na klif

i pchnąć w bałwany fal

 

Wystarczy. Pora ruszać. Pora wysilić mięśnie i wyjechać pod tę górę. Zmierzyć się z własnym „ja”. I światem.

 

to zadziwiające

że dziś patrzysz ze wstrętem

jutro wielbisz

we własnym identycznym ciele

 

Parę metrów i dom. Szczęśliwy pies. Wymiana spojrzeń i ciche zrozumienie w oczach zwierzęcia. Siedzenie na schodach. Wtulenie się w miękką sierść.

 

miliony dawkowanych zasad

miliony ukochanych miejsc

prawda za prawdą

żadnego dnia

 

I wnętrze domu. Gaszenie zaświecanego światła. Trzeba ukryć strużki przed mamą, by uniknąć głupich pytań. Skoro sam nie wiesz, czemu właściwie… To jak w takim razie…? To byłoby trudne. I męczące.

Dzisiaj samotność jest dwojakiego rodzaju jednocześnie. Jest potrzebą i jest bólem. Ciężko powiedzieć, dlaczego. Chyba taki dzień. Nie wiem sam. Może przytuliłbym się teraz do jakiegoś chłopaka. A może poleżał po prostu sam. Może porozmawiałbym z przyjaciółmi, posłuchał muzyki. A może pozostał w zupełnej ciszy. Mam ochotę na spokojną muzykę relaksacyjną. I na coś szumiącego w tle. Coś, co ukoi nerwy. Na przykład suszarka. Nie wiem, czy też tak macie, że spokojny, monotonny szum was uspokaja i wycisza, ale mnie tak. Bardzo.

Niech noc będzie dobra dla was wszystkich. Sobie też tego życzę. Trzymajcie się!

24. Cyrk na kółkach – „te rozstania i powroty”.

Cyrk na kółkach, jak głosi tytuł wpisu. O, tak. To będzie moja ostatnia notka w Holandii. Dlaczego? Bo okazało się, że przyszedł zwrot jednej odmiany borówki. Tej samej, o której już wspominałem. Ozarka. Drugi raz. W sumie 75 ton. Z największego, ponoć 17-hektarowego pola. W związku z tym incydentem pracodawca wysłał do Polski 100 osób. Działy się tu niemałe przeboje z listami, podmianami itd. A i kłótnie wśród koordynatorów były na porządku dziennym. Dzisiaj pojechało 50 osób. Druga tura najpewniej w piątek. Chciałem zostać maksymalnie do 15-20 września, ale stwierdziłem ostatecznie, jak wiele osób, że skoro lecą sobie w kulki i tak z nami pogrywają, to warto już „zejść ze sceny niepokonanym”. Zatem zjeżdżam za pięć dni, o ile wszystko dobrze pójdzie. Zarobiłem, ile zarobiłem. Może nieco mniej od tego, co planowałem, ale jestem i tak zadowolony. W Polsce bym tyle za miesiąc nie dostał.

Dziś były rozstania i smutki. Tak trochę jak na oazach, na które kiedyś jeździłem. Jednak z wieloma osobami nie zżyłem się ani trochę, więc tutaj byłem obojętny. Szkoda mi wybranych, ale spotkać można się też w Polsce :-). A to cieszy.

Jestem w sumie szczęśliwy, że w piątek wracam. Wystarczy. Stęskniłem się już za Polską, domem, przyjaciółmi. No i chcę też odpocząć jeszcze trochę przed rokiem akademickim. A poza tym na weekendzie 26-28 czekają mnie rekolekcje Wiary i Tęczy. Pewnie będzie tam On, ale co tam. Muszę pogodzić się z tym, że będzie się tam pojawiał. Trzeba żyć. Unieść głowę do góry i dzielnie kroczyć naprzód. Pokazać, że nie jest niezastąpiony.

Generalnie Holandia była przyjazna. Nie mówię tu o Polakach, ale o Holendrach. Wszyscy mili, uśmiechnięci, życzliwi. Każdy się z tobą witał dobrym słowem. Nie to, co w Polsce. Dodatkowo ładna okolica, drzewa, domki. Myślę, że kiedyś mógłbym tu zamieszkać z moim facetem. Może nie akurat w Gasselterboerveen, ale w okolicach Amsterdamu, czy Rotterdamu :-). Wtedy spokojnie można by chodzić po ulicy za rękę i nie bać się agresji tłumów. Może jedynie, gdy trafi się na nietolerancyjnego cudzoziemca. Jednak częściej pewnie ludzie byliby przyjaźni.

Na koniec wrócę jeszcze do osób, z którymi tu byłem, a mianowicie do pewnego kolegi z pokoju, mojego partnera rajkowego :-P. To będzie takie moje przemyślenie na temat tego, jak się zachowuje. Nie lubię takiego sposobu bycia, bo jest okrutny. Niestety można się z nim często spotkać w społeczeństwie. Ale do rzeczy. Mam na myśli bajeranctwo. Tak, kolega jest bajerantem. Na moich oczach próbował z kilkoma dziewczynami, zapewne dla zwykłej zabawy. Z jedną chodził na spacery, flirtował z drugą, a trzecią jeszcze do łóżka ponoć zaciągał. Na pewno były czwarte i n-te. A w pokoju oczywiście się nasłuchałem. To jakby syndrom zdobywcy, widocznie nie szuka stałego związku. Piszę o tym, bo w życiu nie chcę takiego faceta. Wierzę, że geje są trochę wrażliwsi. Patrząc na siebie samego, mam nadzieję. Szkoda mi tylko jednej dziewczyny, która, wydaje się, coś do niego poczuła. A on? Jedynie się pobawił. Ech…

A teraz, już w postscriptum, rzeknę: POLSKO, WKRÓTCE NADCHODZĘ!!! :-)

Dobranoc, śpijcie dobrze. A już wnet wpis z prawdziwego zdarzenia.

23. Sabotaż, czy tylko czysty przypadek?

Na początku chcę przeprosić, że tyle zwlekałem z kolejnym wpisem. Jednakże nie miałem ostatnio w ogóle weny na bloga, a poza tym niewiele się działo, żeby się tym dzielić. Generalnie pogoda się popsuła i często siedzimy w pokojach lub idziemy na chwilę w pole i zaraz wracamy, bo nadchodzi burza. Obrabiamy teraz dosyć dalekie rajki, stąd ciągłe wędrówki w tę i z powrotem stają się męczące. Muszę powiedzieć że przez to jestem trochę rozwalony psychicznie. Ale na ten stan składa się jeszcze kilka rzeczy. Oczywiście stała tęsknota za Polską, przyjaciółmi oraz byłym to główne powody. Zwłaszcza ten ostatni. W czasie zbiorów myśli bywają naprawdę uciążliwe i wtedy dopada mnie ewidentny dół. Inna kwestia jest taka, że nigdy nie lubiłem tłumów. Nadal brak mi samotności z samym sobą. Tu nawet książki nie ma za bardzo gdzie w ciszy i spokoju poczytać, chociaż coś muszę ogarnąć. Ci ludzie, z którymi tu jestem, bywają naprawdę nieznośni. Faceci. Większość jest nie do wytrzymania. Typowi polscy heterycy. Dziewczyny to co innego. Sympatyczne.

Wyobraźcie sobie, że koleżkowie zafundowali mi prawdziwy seans porno z kobietami, perfidnie robiąc ze mnie idiotę. Ja jestem typem człowieka, który zdecydowanie nie potrafi odpyskować. Ale tak nienawidzę, kiedy ktoś się ze mnie nabija, udając, że ja tego nie dostrzegam. Krew mnie w takich momentach zalewa. A jest ich tu sporo.

W czasie seansu stwierdziłem, że jeden z moich gejowskich kandydatów prawie na pewno odpada. Pogodziłem się z tym. No a drugi jest, jak by to rzekł kolega z pokoju, „omkły”. Czyli nic z tego. Ale to najmniejszy problem. Odpuściłem sobie już jakiś czas temu, bo to nie ma sensu. Inni przystojniacy również raczej poza zasięgiem. A libido się nieraz odzywa… Ale czekam na kogoś, w kim się zakocham z wzajemnością. Staram się tym nie przejmować.

Wczoraj nad ranem obudziłem się z dziurą we włosach. Ktoś mi zrobił głupi żart. Ale to nie pierwsza taka sytuacja. Kiedyś znalazłem zużytą gumkę w walizce, a innym razem męską koszulkę na łóżku, a podobno nie należała do nikogo z pokoju. To, wydaje się, przyjmuje formę sabotażu. Ale co ja tutaj mogę? To rozwala psychicznie, jednak robię dobrą minę do złej gry, a potem kończy się na słonych kroplach.

Widzę, że ewidentnie izoluję się tutaj od ludzi. Nie lubię tego robić, ale to wszystko przytłacza. Mimo to ziomki z pokoju są naprawdę spoko. A dziewczyna jednego w miarę naprawiła mi fryzurę. Należy się jej czekolada :-). Nie jest rewelacyjnie, lecz znośnie. Zarabiam pieniądze i w sumie coraz bliżej do powrotu. To podtrzymuje mnie na duchu. Trzymajcie kciuki, bym nie zwariował na tej obczyźnie, w której tyle wolności, a jednocześnie z powodu przedstawicieli mojego dziwnego narodu tak dużo niewoli. Chciałbym już dodać jakiś porządny wpis, wpis z prawdziwego zdarzenia. Jednak jeszcze trochę musicie poczekać. Ja też. Tymczasem dobrej nocy dla Was, Kochani. Sam zaraz zmykam do snu :-).

22. Plotki, ploteczki oraz „przejaw odwagi, czy tchórzostwa”?

Rano

Chwilę już nie pisałem, więc pora podzielić się zdarzeniami i myślami z ostatnich dni. Po pierwsze jest od wczoraj router, jednakże internet nie działa jakoś specjalnie lepiej. Może troszkę. Dalej trzeba powiedzieć, że ten tydzień pod względem pracy też był ok. Jeszcze dwa dni, ale już o tym piszę. Średnio 50 kg dziennie, czyli tak, jak planowałem. Raz było 68, ale wtedy dzień był naprawdę świetny, borówka rewelacyjna do zbierania. Jednak… Była chyba zbyt dojrzała i mokra po przelotnych burzach, więc spleśniała i transport zawrócili. Dostaliśmy pogadankę, ale zarobiona kasa pozostaje :-). Pogoda różna, jednak codziennie pada po kilkanaście minut i wtedy trzeba schodzić z pola. Wczoraj na przykład musieliśmy czekać dwie godziny, zanim wróciliśmy do pracy.

Dzisiaj mi smutno. Ktoś wspomniał o święcie Wojska Polskiego, a mnie naszły od razu wspomnienia. Dokładnie rok temu byłem obok niego… Teraz jestem w Holandii i mogę tylko się rozpłakać. A nawet nie mogę. Może w nocy, do poduszki albo w toalecie.

Za moment do pracy, a ja nie za bardzo chcę. Brakuje mi chyba ciszy i chwil tylko z samym sobą. Duszę się czasami w tym tłumie. Uciekłbym daleko. No ale się nie da. To trudne. Ogólnie jest w porządku i praca mi się podoba. Tylko czasem przychodzą gorsze chwile…

Ale pora poruszyć główny temat, który pewnie przerwę w połowie i dokończę wieczorem, bo teraz nie zdążę. Plotki i ploteczki, czyli mniejsze i większe kłamstwa oraz częściowa prawda. Wszystko przekoloryzowane wraz z kolejną wersją.

Wieczór/noc

A więc jest tak, jak wspominałem wyżej. Zgarnęli nas do pracy na 10, jednakże na dobre wróciliśmy dopiero na 21, bo w trakcie znowu padało. Ale do rzeczy. Plotki, ploteczki, pełno gadania o wszystkim i o niczym. Tak to jest w większej grupie ludzi. Otóż plotki są przeróżne, ale w pewnym momencie dotarło do mnie, że sporo osób gada o mnie. Wyobraźcie sobie, że wykryli, że jestem gejem. Oczywiście to takie czcze gadanie, ale… przecież mają rację, prawda? :-) To mi naprawdę dało do myślenia. Naturalnie zacząłem zaprzeczać, ale kto ci uwierzy? W pewnym momencie teksty stały się wręcz agresywne i nieco mnie to zaniepokoiło. Informacje czerpałem od kolegi z tak zwanej „rajki”, czyli rządka krzaczków. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wszyscy tacy kozacy, a nikt nie powie ci tego prosto w twarz. Czyste tchórzostwo. Ale tak jest zazwyczaj. Teraz nieco przestali gadać. Nie wiem do końca czemu, lecz jest jedna rzecz, która zmieniła bardzo wiele, przynajmniej w moim życiu. Otóż zauważam, że jestem coraz łatwiejszy do nagięcia. Moje sumienie jest jałowe, a charakter jakby jednocześnie silniejszy i słabszy. Brak mi asertywności, której zwykle miałem w nadmiarze. Teraz ciężko mi jest się sprzeciwić. Mam sztywne zasady, ale jakby mniej sztywne niż kiedyś. Przeraża mnie to. Naprawdę.

Otóż pierwszy raz w życiu wciągnąłem dym, pierwszy raz zajarałem. Nie, nie szluga, do tego mnie nie namówią. Marychę. Zioło. Jointa. Co gorsze, podobało mi się to. I to bardzo. Na drugi dzień więc powtórzyłem, tylko mocniej i więcej. I tak mi siadło, że niewiele z tego pamiętam. Wiem, że czułem się naprawdę dziwnie. Bodźce docierały z opóźnieniem i tak dalej. Dziś odpuściłem, ale niewątpliwie jeszcze to zrobię… I teraz powiedzcie, jak byście to nazwali? Przejawem odwagi, czy tchórzostwa? Często myślę, że coś takiego, kiedy twoje zasady upadają, asertywność umiera i łatwo ulegasz presji otoczenia, to wtedy jesteś tchórzem. Zwykłym tchórzem. Ale chyba chciałem spróbować i nie żałuję. Tylko zrobiłem to raczej bardziej po to, by pokazać, że „pedał” też umie, o! Żeby udowodnić, że jestem twardy i odwrócić podejrzenia. I zatkać usta. Wiem, głupi sposób, lecz chyba nawet to zadziałało, bo już nie gadają na mnie.

Smutne jest to, że nawet w Holandii nie mogę być sobą.

Tęsknię też cholernie…

Ale muszę się trzymać, prawda? Przeszłość nie wróci, a żyć trzeba. Tylko te myśli…

Dobrej nocy, Kochani. Trzeba się położyć, bo rano praca. Ale na szczęście potem niedziela. Trzymajcie się i do kolejnego razu :-).

21. Kilka nowych wspomnień.

Poprzednie dni:

Dziś sobota. Właściwie to pracująca, ale od rana leje i ogólnie brzydko, więc nie zbieramy. Borówka nie może być mokra, bo inaczej pleśnieje. Ale jeśli się wypogodzi to być może pójdziemy pracować. Zobaczymy. Tutaj pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie, zatem za moment może być upał, a potem znowu lać jak z cebra. Przedwczoraj przemoczyło nas do suchej nitki.

Borówki zbieramy kilogramami, normę wiekową w miarę wyrabiam, jest ok, choć człowiek nieco obolały po tych paru dniach. Generalnie jest w porządku. Poznaję coraz więcej osób, łapiemy kontakt. Byliśmy nawet z chłopakami w Lidlu oddalonym o kilkanaście kilometrów. Jechaliśmy zdezelowanymi rowerami, które możemy tu wypożyczyć. Cud, że na moim gruchocie jakoś dotarłem. Był wśród nas ON, jednakże z każdym kolejnym dniem stwierdzam, że jest dziwny. Denerwuje mnie swoim sposobem bycia i nawet jeśli miałby być gejem, no to chyba nic by z tego nie było. Ale ja w tym momencie mam taki etap w życiu, że nie szukam na gwałt faceta, zatem jak nie ten, to następny.

Ostatecznie przestało padać i ruszyliśmy w pole. Zbieranie zeszło nam aż do 20.30 od 12. Zebrałem 55 kg, czyli super. Gdybym tak zawsze zbierał, to byłoby ok. Przez dwa dni było gorzej, bo po 40-kilka, ale trudno. Generalnie  idzie nawet nieźle.

W piątek dopadł mnie jakiś smutek. Nie do końca wiem, czemu, ale chyba chodzi po prostu o to, że tutaj nie jestem wśród swoich ziomków i nie mogę być w pełni sobą. To trudne. Muszę udawać, że jestem hetero, podczas gdy większość moich przyjaciół już wie i nie jestem wtedy skrępowany normami społeczeństwa zacofanego. Mój smutek wynikał więc po prostu z samotności. Chyba tak. W piątek i sobotę usilnie potrzebowałem przytulić się do faceta i poleżeć z nim w łóżku. Tak po prostu. Z moim ukochanym mężczyzną. I również kochać się w namiętnym, pełnym czułości splocie dwóch męskich ciał. Ale nie otrzymałem tego. Długo już ta potrzeba nie jest spełniana i frustracja rośnie…

Oprócz tego chłopaka, o którym wspominałem jest jeszcze kilku przystojnych, ale niewielu. Jednakże większość to na pewno heterycy. Jest jednak również taki jeden, co sprawia wrażenie geja. Niby otoczony kolegami, ale jednak jakby wyalienowany. To da się zauważyć. Ja czuję i zachowuję się zupełnie podobnie. Co ciekawe, chyba próbuje złapać ze mną kontakt, lecz jego sygnały są sprzeczne i ciężko mi się zorientować, co nim właściwie kieruje, jaka jest psychologia i mechanizm jego działania. Czas pokaże. Mam tu więc dwóch w miarę gejowskich kandydatów na męża :-P. Zobaczymy, jak zdarzenia się potoczą.

Dzisiaj:

Niedziela. Nareszcie jeden dzień wolnego po sześciu ostrego zapieprzu w polu. Cisza i spokój. Pewnie wezmę książkę do ręki i poczytam. Może też potem pobiegam. Wszystko się okaże. Leniuchowanie. Słodkie nieróbstwo. Tydzień przepracowany i około 800 zł na czysto :-).

Wybaczcie, proszę, że aż tyle nic nie pisałem, ale z czasem różnie tu bywa. Ten wpis miałem dodać wczoraj w nocy, jednak walnąłem się na łóżko i mnie zmorzyło. Nie dałem rady zwlec się i specjalnie zapieprzać jeszcze na stołówkę po Wi-Fi.

Trzymajcie się! Udanej, miłej niedzieli i do następnego, mam nadzieję, szybkiego razu, Dziubaski :-*.

20. Początki i pierwsze wrażenia.

No dobrze. Tak więc jest kolejna noc, a ja znów wychwytuję Wi-Fi, znów zarywam, zamiast spać. No ale teraz najlepszy internet, bo mniej osób. O 6.30 najpóźniej pobudka i śniadanie. A potem jakieś 8 godzin pracy. Wtorek był w porządku, normę wyrobiłem, a nawet udało się wyjść ponad. Jak na razie jestem zadowolony, choć zmęczony. Ludzie są w porządku, chociaż chłopaki z pokoju  podejrzewają mnie o gejostwo, co mnie trochę zastanawia. Czy przez ten rok zrobiłem się bardziej, hmm, rozpoznawalny? Pewnie tak. Ale oczywiście muszę zachować tu pozory. Mimo, że to Holandia, to jednak jestem wśród nieco prostackich „Polaczków” i nic na to nie poradzę. Życia bym nie miał. Ale dam radę. A może i jakiś coming out będzie przed dziewczynami? :)

Jest tu też taki chłopak, który wydaje się być również gejem i, nie ukrywam, wpadł mi w oko. Będę teraz prowadził obserwacje, a co wyjdzie, to się okaże. Trzymajcie kciuki. Dobrej nocy, Kochani! Trzeba trochę pospać, by od rana dać radę. Cieszę się, widząc, że coraz więcej osób tu zagląda. Do następnego razu. Postaram się informować w miarę na bieżąco ;).

19. No i jestem na miejscu :-).

Dotarłem do Holandii cały i zdrowy. Praca zaczęła się już od poniedziałku. Na razie wszystko w porządku, ale Wi-Fi marne, niestety. Dlatego też pewnie wpisów nie będzie, a jedynie takie oto króciutkie notatki w formie jakby-pamiętnika :-). Postaram się dodawać je od czasu do czasu. A teraz dobranoc, rano trzeba wstać :-).

18. Seks – zmienne w czasie pragnienia.

Ochota na seks w człowieku jest sprawą naturalną i nie ma się co temu dziwić, czy też mówić, że jest inaczej. Od momentu osiągnięcia pewnego wieku potrzeby seksualne stają się normą i nie da się ich uniknąć, chyba, że ktoś jest osobą aseksualną, wtedy nie wykazuje takich potrzeb. Jednakże większość społeczeństwa ma takie lub inne pragnienia z tym aspektem związane. Nie zawsze są to grzeczne i przyzwoite sprawy. A nawet częściej spotykamy się w wszelkimi udziwnieniami, które nieraz nas zaskakują i pozornie obrzydzają. Tak naprawdę wiele z nas dało by się pokroić, by coś takiego przeżyć. A nie każdemu jest to dane.

Nie ma co oszukiwać się, że pornografii nie oglądamy. Jestem skłonny uwierzyć w to kobiecie, ale nie facetowi. My, mężczyźni, jesteśmy wzrokowcami i słuchowcami – potrzebujemy dużo i głośno. Wiem to z autopsji. Pornografię nieraz oglądam i nie będę temu zaprzeczał. Kolejną sprawą jest masturbacja. To również nieodłączny aspekt naszego życia. Jeśli nie ma stałego partnera seksualnego, no to jakoś trzeba się rozładować. A to dobra metoda. Na pewno lepsza od zmuszania do seksu kogoś, kto nie ma na to ochoty.

Potrzeby seksualne są zmienne, podobnie jak popęd, czyli libido. Nie zawsze się chce, a czasem tak się chce, że nie idzie wytrzymać. I niech nikt mi nie mówi, że jest inaczej. Gdy przyjdą hormony, stajemy się zwierzętami. Czasem pod wpływem tych substancji w naszym organizmie można nawet zdecydować się na niebezpieczne rzeczy. Najlepiej wtedy kategorycznie powiedzieć sobie „Nie!” i rozładować się samemu. Co nie zmienia faktu, że bezpiecznie czynione urozmaicenia są ciekawą sprawą i dodają życiu smaku. Jeżeli mamy stałego partnera/partnerkę, warto z nim/nią o tym porozmawiać. Ważna jest tutaj kwestia wzajemnego zaufania i pragnienie dobra i przyjemności dla kochanej osoby. Jeżeli ten aspekt jest, to nie powinno być większych problemów ze spełnieniem nawet najdziwniejszych fantazji, a takich każdy/każda z nas ma wiele.

Kolejna sprawa jest taka, że człowiek(w tym ja również), w zależności od nastroju, ma zmienne potrzeby. Nierzadko po prostu pragnie się zwyczajnej bliskości, bez pełnego zbliżenia seksualnego, innym razem przychodzi ochota na pełen miłości, długi seks. Jednakże często chce się również czegoś mniej grzecznego, ująłbym to, bardziej ofensywnego lub agresywnego. Podobno każdy w pewnym względzie wykazuje skłonności sadomasochistyczne, jedni mniej, drudzy bardziej, nieraz skierowane tylko w jedną stronę – sadyzmu(przyjemność z zadawania bólu fizycznego i psychicznego partnerowi seksualnemu), bądź masochizmu(przyjemność odwrotna – płynąca z otrzymywania tego bólu). Dlatego też i takie fantazje w seksie partnerskim powinny zostać zaakceptowane, lecz oczywiście za obopólną zgodą. Pozostałe, ewidentnie niegrzeczne sprawy, jeśli ktoś stawia sobie granice życiowej przyzwoitości, poza które nie wykracza z realnymi czynami, powinny pozostać w sferze pornografii, choć moim zdaniem każda pornografia wewnętrznie wyniszcza człowieka i najlepiej ograniczyć jej oglądanie do koniecznego minimum, zwłaszcza jeśli jest się w stałym związku. Wtedy też, jeśli uczucia są szczere, wiem z doświadczenia, że człowiekowi praktycznie odchodzi ochota na zewnętrzne pobudzenia. Myśli seksualne skupione są głównie na partnerze, a nie na sobie samym. Wtedy egoizm jest zastąpiony przez miłość – i to jest piękne.

I jeszcze jedno. Wymieniłbym kilka zachowań seksualnych, występujących na świecie:

1. Seks jako sport. Tutaj seks traktuje się jako hobby, sposób na życie poza codziennymi obowiązkami. Celem są kolejne osiągnięcia, trofea, czyli w praktyce wymienianie partnerów jak rękawiczki, dla swojej egoistycznej przyjemności. Związku chyba nikt taki nie szuka albo naprawdę źle to robi!

2. Seks dla pieniędzy. Jak to mawiają, najstarszy zawód świata – prostytucja. A to do czegoś zobowiązuje, czy tak? Nie możesz wybrzydzać, jeżeli klient płaci – i to grube pieniądze. Nieważne, czy ci się podoba, czy nie. Musisz spełnić jego obrzydliwe potrzeby, za cenę zdobytych banknotów. Taka polityka.

3. Filmy pornograficzne. No cóż. Tutaj nie trzeba dużo komentować, bo wiadomo, o co chodzi. Jest to również seks za pieniądze, tyle, że zarabia się je poprzez sprzedawanie własnego ciała i odczuć seksualnych dla żądnych wrażeń internetowych „przesiadywaczy”. Trochę to smutne, ale przemysł pornograficzny jest tak cenny, że nie upadnie, a tylko będzie się coraz bardziej rozwijał i psuł młodych, starych, pięknych, brzydkich, szczupłych, grubych, słowem – wszystkich, którzy z tych usług korzystają, a najbardziej już, jak to groteskowo brzmi, „aktorów”… Bo jacy z nich aktorzy? „Och, ach, fuck me harder!”? Czysty kunszt. Bravo, bravo, bravissimo! Blah!

4. Seks z miłości. I wreszcie ostatni rodzaj, który tu opiszę(ale nie ostatni występujący, bo można by wymieniać wszelkie udziwnienia, lecz nie taki mój cel), czyli ten najpiękniejszy i jedyny słuszny. Tak naprawdę chyba każdy podświadomie tego szuka. Seks ten wiąże się z emocjonalnym przywiązaniem, nie tylko z cielesnym zaspokojeniem. Wszystko tu jest takie, jakie być powinno. Kochający się partnerzy, intymność, czułość, bliskość. Można szukać szczęścia w pornografii, kolejnych, szybkich numerkach, seksie za pieniądze, ale tak naprawdę, to tylko tutaj jest piękno – i tylko tu można znaleźć zaspokojenie emocjonalno-duchowe – w miłosnym zjednoczeniu mowy ciał. Nic dodać, nic ująć.

Tak więc widać, że seks jest ważnym aspektem naszego życia. Warto jednak czasem zastanowić się, czy postępujemy słusznie w naszych różnych zachowaniach i czy jesteśmy w tym naprawdę szczęśliwi. Jeśli tak, no to wspaniale, a jeśli nie, to może warto zatrzymać się i to zmienić?

Życzę wszystkim, niezależnie, jakiej orientacji jesteście, kochających partnerów, z którymi seks będzie smakował najlepiej na świecie, tak że lepiej być nie może :-).

Poza tematem: Już jutro Holandia, tak więc trzymajcie kciuki, by wszystko było ok. Wkrótce podzielę się wrażeniami, jeżeli tylko będzie tam Wi-Fi. No a jeśli nie, to cóż, wypada mi się pożegnać na dwa miesiące. Uwaga, świecie! Nadchodzę! :)